Po pierwsze z powodów czysto pryncypialnych. Zjednoczona Europa od lat narzeka na problem z demokratyczną legitymacją. Mówiąc krótko: im więcej jest integracji, tym mniej poczucia wpływu obywateli na to, co robią z nimi rządzący. W końcu premier kraju i ministrowie odpowiadają bezpośrednio przed demokratycznie wybranym parlamentem. Komisarze i przewodniczący Rady Europejskiej nie. Sprawa się jeszcze bardziej komplikuje, gdy kanclerz Niemiec (tak jak ostatnio w czasie kryzysu w strefie euro) podejmuje decyzje kluczowe dla mieszkańców Grecji, choć ci ostatni nie mają żadnego wpływu na jej polityczny mandat. Przed kryzysem te wątpliwości zbywano często miłą dla ucha frazeologią o silnej zjednoczonej Europie. Pokryzysowa rzeczywistość pokazała jednak, że fakt, czy się jest Grekiem, czy Niemcem ma kolosalne znaczenie praktyczne. Tendencja do dalszej technokratyzacji polityki europejskiej w czasie kryzysu się jeszcze zwiększyła. No bo jak inaczej nazwać to, że w pewnym momencie to rynki finansowe były jak Cezar, który ruchem kciuka decyduje o być albo nie być demokratycznych szefów rządów w Grecji, Portugalii, a nawet we Włoszech. Zwycięstwo Syrizy jest więc jakby kontratakiem demokracji. Greckich lewaków ludzie wybrali zdecydowanie na przekór rynkom i europejskim elitom opiniotwórczym. Używana w takich razach maczuga populizmu tym razem nie zadziałała. A umęczeni walką z kryzysem Grecy mogli poczuć, że coś jeszcze od nich zależy. Jeśli demokracja ma być czymś więcej niż tylko wytartym sloganem, to sukces Syrizy bardzo demokratycznej stabilności Grecji posłuży. A że ośmieli podobne partie protestu w innych krajach? To wydaje się dość oczywiste. I nie można wykluczyć, że nie będą to partie tylko radykalnie lewicowe. Ale demokracje muszą umieć sobie poradzić również z takimi wyzwaniami. Właśnie po to są demokracjami.

Oprócz zasad politycznych są jeszcze racje gospodarcze. Ale i tu Syriza wygląda całkiem nieźle. Owszem, po raz pierwszy zwycięzca wyborów w Europie mówi wprost, że polityka cięcia wydatków publicznych w imię odzyskiwania zaufania rynków finansowych to jest zły pomysł. Czy bardzo kosztowna społecznie polityka austerity uprawiana tam pod okiem UE i MFW przez dobre cztery lata wyprowadziła Grecję na prostą? Czy może jeszcze głębiej wtrąciła ją w zadłużeniowy kanał? Skoro więc jakiś pomysł się nie sprawdził, to może czas się z niego wycofać? Syriza – jako zupełnie nowy i trochę postrzelony gracz polityczny – będzie miała czelność, żeby zakrzyknąć „król jest nagi”. Bo skoro nie może być lepiej, to niech przynajmniej będzie inaczej. Zwłaszcza że ekonomiczne zaplecze Syrizy przedstawia się bardzo ciekawie. Choćby taki minister finansów Janis Warufakis. Charyzmatyczny 53-latek z dorobkiem naukowym z najlepszych (choć niekoniecznie tych najgrzeczniejszych) uniwersytetów w USA i Wielkiej Brytanii. Sam określający siebie jako „libertariańskiego marksistę”. I z równą furią krytykujący bezwzględność rynków finansowych, co patologie państwowego kapitalizmu rozpowszechnione w greckich realiach. Jeśli uznać, że ekonomia potrzebuje dziś powiewu nowych i świeżych pomysłów, to tacy ludzie jak Warufakis mogą ich dostarczyć.

Zwycięstwo Syrizy zapowiada też szukanie nowej równowagi wewnątrz strefy euro. Bo o tym, że obecnie istniejący układ jest niemożliwy do utrzymania, wiemy od pewnego czasu. Zwiększy się oczywiście presja na Niemcy, by porzuciły nowoczesną „politykę nękania sąsiada” poprzez trwałe utrzymywanie nadwyżek eksportowych. Która jest niczym innym jak odwrotną stroną długu południowców. I   dla równowagi w ramach wspólnego obszaru gospodarczego jest równie niebezpieczna, co chroniczne deficyty. A więc skoro pilnujemy deficytów, to należałoby też karać za trwałe nadwyżki. Na tę presję Niemcy (i uprawiający podobną politykę Holendrzy czy Austriacy) mogą oczywiście zareagować różnie. Jeśli się uprą i usztywnią swoje stanowisko, w końcu wypchną Grecję ze strefy euro (bo Syriza nie jest partią samobójców i sama wychodzić nie chce).

Tak czy inaczej, będzie się działo. A że w naszym ogródku, to dla nas tym bardziej zajmujące.