Płaczemy po zmarłych, wspominamy ich, rozpamiętujemy chwile, jakie było nam dane z nimi spędzić. Jednocześnie boimy się nieboszczyków, brzydzimy wszystkim, co kojarzy się ze śmiercią. I podświadomie obawiamy się ludzi, którzy zawodowe życie związali z biznesem pogrzebowym. Z angielska zwanym funeralnym, bo tak ładniej brzmi. Po trzykroć błąd.

Raz – nie należy się bać zmarłych, bo nie mogą nam wyrządzić żadnej krzywdy. Dwa – ucieczka przed śmiercią niczego nie zmieni, bo ona jest wpisana w życie. Trzy – osoby, na które jesteśmy skłonni spoglądać z wyższością – obdarzając je epitetami typu kopidoły – mogą okazać się ludźmi, którzy pomogą nam przejść przez najbardziej traumatyczne momenty naszej egzystencji.

I po czwarte – to świetny biznes. Lekko licząc, wart rocznie niemal 1,5 mld zł. To rzeka pieniędzy. Czasem rwąco płynąca, częściej meandrująca po zakamarkach przepisów i poza nimi. Mętna i pokręcona. Jak to z rzekami i biznesami bywa.

Liczymy cmentarze

Tyle że z tym funeralnym jest trudniej i bardziej skomplikowanie niż z innymi. Nie ma statystyk, brak badań rynku. Te wszystkie zakłady pogrzebowe, krematoria, przemysł trumniarski, balsamiści i tanatoprakserzy, zarządcy cmentarzy, opiekunowie grobów, mistrzowie ceremonii, organizatorzy targów branżowych, wydawcy prasy, firmy handlujące karawanami, firmy szkoleniowe, firmy produkujące programy dla cmentarzy i ich klientów... Nie wiadomo dokładnie, ani ile ich jest, ani jakie mają obroty. Jak mówi Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego, wszystko w tej branży jest tajne łamane przez poufne. – Czy wie pani, że nie ma jasności nawet co do tego, ile jest w Polsce cmentarzy – zawiesza głos. I opowiada, że na potrzeby swojego stowarzyszenia próbował policzyć miejsca, gdzie chowa się zwłoki – komunalne i wyznaniowe. Nie zdołał. Szacuje więc tylko, że liczba większych i mniejszych nekropolii waha się od 10 tys. do 12 tys. Spory rozrzut? Cóż zrobić. – Tak samo z liczbą firm pogrzebowych, jeden Bóg raczy wiedzieć – ironizuje.

A to dlatego, że przedsiębiorstwo zajmujące się pochówkami może założyć każdy. Wystarczy wpis do działalności gospodarczej i zaznaczenie w niej – np. oprócz cateringu, sprzątania czy działalności wydawniczej – kodu 96.03.Z. Pogrzeby i działalność pokrewna. Wystarczy. Wszyscy moi rozmówcy nie mogą się nadziwić: na prowadzenie budki z hot dogami trzeba mieć tysiące pozwoleń, a w przypadku grzebania zwłok obowiązuje nie tyle wolny rynek, ile pełna samowolka. Firm pogrzebowych jest w Polsce 2,2–2,3 tys. Większość prowadzona na zasadzie wpisu do działalności gospodarczej, jednoosobowo, nie zatrudnia nikogo. I, jak mówi Wolicki, urządza miesięcznie po 40 pogrzebów. – Są przypadki, że na wsi jakiś rolnik ma stodołę, jak się sąsiadowi zemrze, to bierze ciało do stodoły, tam przebiera, wkłada do trumny. Potem da na flaszkę kilku kolegom, którzy wykopią dół na cmentarzu i załatwione – opowiada osoba z branży. Przesadza? Niekoniecznie, bo z doświadczenia wiem, że takie przypadki się zdarzają. Tak samo, jak „latające zakłady pogrzebowe”, które oprócz adresu mają tylko katalogi i z klientami spotykają się w McDonaldach. Po taniości.

Urzędnik przymyka oko

– A gdzie sanepid, gdzie przede wszystkim urząd skarbowy – to pytanie zadaję rozmówcom. Odpowiadają, że kontrole są, i to częste, tam, gdzie jest duże przedsiębiorstwo, są pracownicy, są konta bankowe, które można zająć. Uganianie się za szarą strefą pogrzebową ma ten sam sens, co łapanie ducha na cmentarzu. Więc nikt nie łapie.

Branża funeralna w Polsce jest także o tyle niezwykła, że oparła się globalizacji.

Wprawdzie pomału się cywilizuje, ale w tym sensie, że coraz rzadziej można zobaczyć na pogrzebie pijanego kopidoła upuszczającego trumnę pod nogi przerażonych żałobników, zaś powalane gliną ubrania robocze zostały zastąpione przez garnitury i uniformy. I obroniła się przed przejęciami ze strony zachodnich firm, które usiłowały wprowadzić na nasz rynek światowe sieciówki pogrzebowe.

Rodzimy grabarz nie daje się, choćby z tego powodu, że nawet za czasów komuny ta branża spoczywała głównie w prywatnych rękach. W dodatku jest rozproszona: największe firmy mają góra po kilkanaście punktów w okolicy, drobnica trzyma się jak może i broni terenu, na którym działa. Do tego dochodzą nieformalne powiązania towarzyskie i biznesowe. W dużych miastach wolny rynek jeszcze jako tako działa. W tych mniejszych nic nie działa, poza układem. Bo prawo nie ma prawa działać. Zresztą to obowiązujące pochodzi z 1959 r., a może bardziej precyzyjnie – z 1932 r., kiedy zostało ustanowione, a potem tylko było nowelizowane.

W tej zmianie, za Polski Ludowej, szło głównie o to, aby ustawodawca był socjalistyczny. Późniejsze korekty wynikały głównie ze zmieniających się innych ustaw i były wprowadzane na drodze rozporządzenia. W sposób kulawy, czego dowodzi praktyka. Prezes Wolicki podaje przykład szpitali, które nie mogą prowadzić na swoim terenie usług pogrzebowych ani ich reklamować. Ale to robią. – Zakłady pogrzebowe ogłaszają się, że mają własne chłodnie, a faktycznie sprowadza się to do tego, że wynajmują pomieszczenia w szpitalach – wyjaśnia. Niektóre z firm w swoich ulotkach podają wręcz numery telefonów i adresy jednostek służby zdrowia. A te się bronią, że nie prowadzą działalności pogrzebowej, a tylko podnajmują pomieszczenia. – A ludzie do tego dopłacają, bo nie znają prawa – irytuje się. Jak? Zgodnie z przepisami szpital ma obowiązek bezpłatnie przechować zwłoki zmarłego pacjenta przez 72 godziny od momentu zgonu, po czym wydać osobie uprawnionej okryte, czyli ubrane. Ale praktyka jest taka, że parę godzin po śmierci ciało jest przekazywane współpracującej ze szpitalem firmie, która wynajmuje przestrzeń w tejże placówce. A ta kasuje od rodziny za każdą dobę. Do tego jeszcze dochodzą opłaty za ubranie zwłok. Oczywiście na czarno, poza fakturą. – Tak jest choćby w szpitalu Bielańskim czy Przemienienia Pańskiego w Warszawie. Tak samo w szpitalu w Zakopanem czy Czeladzi. A te zapewniają, że wprawdzie wynajmują pomieszczenia tym firmom, ale nie po to, aby te prowadziły tam działalność funeralną – wskazuje Wolicki.

Walka na ceny i głosy wyborców

Jeśli będziemy przyglądać się biznesowi pogrzebowemu w sposób obiektywny, abstrahując od emocji, jakie zawsze towarzyszą śmierci, musimy skupić się na pieniądzach. Bo przecież o nie chodzi w każdej działalności.

Zbigniew Lindner, właściciel największej w Europie firmy produkującej trumny, irytuje się, że ceny usług funeralnych w Polsce są dyktowane wysokością zasiłku pogrzebowego. A to oznacza, że płaci się nie za faktyczną wartość towaru czy usługi, ale rozdziela kwotę 4 tys. zł przypadającą na nieboszczyka z tytułu prawa w taki sposób, aby każdy miał coś z tego. Mniej więcej, bo zawsze można jeszcze coś na boku wyrwać. Jako przykład weźmy koszt miejsca na cmentarzu. Prosty, jednoosobowy grób ziemny, bez żadnego murowania. Czas trwania umowy – 20 lat. – Trzeba zapłacić za miejsce, co w przypadku cmentarzy komunalnych (a prowadzenie cmentarzy należy do zadań własnych gmin) zamyka się średnio kwotą oscylującą wokół 2 tys. zł – wylicza Krzysztof Wolicki. Tyle że jest to cena wzięta z kapelusza, albo raczej z politycznego worka. Bo aby utrzymać cmentarz w jako takim porządku, opłacić ludzi, rachunki za wodę, energię elektryczną, wywóz śmieci, trzeba wydać kilka razy tyle. – Ale radni gminni nie są skłonni do podnoszenia opłat cmentarnych, bo mogliby przerżnąć wybory – śmieje się Wolicki. I dodaje, że i tak mieszkańcy za utrzymanie cmentarza zapłacą, choćby w podatkach. Prosty przykład: wspomniany grób ziemny na cmentarzu w Wólce Węglowej w Warszawie kosztuje 1,7 tys. zł. A podobny na cmentarzu wyznaniowym – 10 tys. zł. I to, zdaniem prezesa, jest realna cena.

Tak czy siak inwestowanie w cmentarze jeszcze jest w naszym kraju mało możliwe, bo monopol na pochówki mają spółki komunalne oraz kościoły. Za to inwestorzy coraz chętniejszym okiem zerkają na niszę, którą wciąż stanowią krematoria. Na razie jest ich w Polsce 33 (najwięcej na Śląsku), ale już buduje się dziesięć nowych. I to stawianych przez osoby spoza branży, prywatnych inwestorów, którzy zrobili biznesplany i chcą zarobić. – Mam nadzieję, że szybko padną – kwituje osoba z branży krematoryjnej. Jest wkurzona, bo coraz to nowe krematoria psują jej interes, w który inwestuje od trzech dekad. Biznesplan jest mniej więcej taki: kremacja ciała w Polsce kosztuje ok. 600 zł. Zwrot nakładów na wyposażenie krematorium to osiem lat. Inwestor kalkuluje: jeśli będzie kremacja za kremacją, przez 12 godzin w ciągu doby, a piec się rozgrzeje, to koszt paliwa, czyli gazu ziemnego, sięgnie góra 40 zł za jednego nieboszczyka. Doliczając koszty pracy ludzi, wychodzi 100 tys. zł zarobku przy 200 kremacjach miesięcznie. Pod warunkiem że zwłoki będą się paliły nieprzerwanie. I jeszcze że krematorium dysponuje dobrymi piecami. – Bo ci nowi zwykle chcą zarobić, za wszelką cenę – opowiada przedsiębiorca z Górnego Śląska, który w biznesie jest od paru dekad. On dysponuje piecami, które mają wielką moc i są w stanie spopielić ludzkie ciało w ciągu półtorej godziny. Ale takie urządzenie to koszt przynajmniej 1,5 mln zł. Inni kupują tańsze, np. amerykańskie za 300 tys. zł lub chińskie za 100 tys. zł.

I nie tylko w cenie jest różnica, ale także w wydajności i tego, co z niej wynika. – Gorszej jakości piece spopielają ciało w 3–4 godziny. A rodzina nieboszczyka czeka, chce jak najszybciej odebrać prochy – wyjaśnia Ryszard Walicki, który w Bytomiu od lat prowadzi zakład pogrzebowy i krematorium. Efekt? Żałobnicy dostają urnę z prochami innej osoby. Liczy się przerób.

Walicki zatrudnia 60 osób, płaci podatki i ZUS-y. Co miesiąc jakieś 300 tys. zł na ubezpieczenie społeczne, 500 tys. zł więcej idzie na wypłaty. I coraz częściej czuje się frajerem, choć tak jest skonstruowany, że nie potrafiłby już chyba inaczej. I pewnie tak mu zostanie aż do śmierci.

Liczą się psychologia i higiena

Kiedy musimy rozstać się na zawsze z kimś, kogo kochamy, nic nie zastąpi ciepła i zrozumienia, jakie jest w stanie zaoferować drugi człowiek. Dlatego od wieków obrzędy pogrzebowe obrosły w ceremonie, które mają dać ukojenie i spokój. To msze żałobne, ale także ostatnio coraz popularniejsze świeckie obrządki przeznaczone dla tych, którzy podczas życia z takiego czy innego powodu wadzili się z Bogiem.

Znów musimy posiłkować się szacunkami – takich pogrzebów jest zaledwie od 2 do 4 proc. wszystkich. Jak mówi Anna Borowik, która razem ze swoim mężem Jackiem pracuje jako świecki mistrz ceremonii pogrzebowych w Warszawie, podaż w naszym kraju jest równa popytowi. Co oznacza, że wprawdzie nikt sobie nie wyrywa żałobników, ale też trudno się na tym obłowić. – W każdym większym mieście jest do dwóch takich mistrzów ceremonii, z wyjątkiem Warszawy, gdzie działamy we troje – opowiada. Ich zadaniem jest to, aby przynieść bliskim zmarłego ukojenie. A więc przemówienie skrojone na indywidualną modłę (trzeba zrobić wywiad z rodziną, która musi tę mowę zaakceptować), odpowiednia oprawa muzyczna, nawet chór może być. Jak trzeba, to chusteczki do otarcia łez. Anna Borowik opowiada, że z tą oprawą są czasem dziwne historie, które wynikają z naszego prawa. – Możemy bez problemów wykonywać utwory choćby z czasów baroku czy romantyzmu, na które wygasły już prawa autorskie – tłumaczy. Gorzej z tymi nowymi, choć ludzie się dopominają. Kiedyś była taka historia, że klient, który właśnie chował ojca, zażyczył sobie, aby nad trumną zagrali jeden ze współczesnych standardów. Odpowiedzieli, że to jest niemożliwe, gdyż nie mają do niego praw, więc ZAiKS mógłby interweniować, gdyż pogrzeb jest uznawany za imprezę publiczną, nie prywatną. A ich nie stać na kary, jakie mogliby na nich nałożyć. – Klient na to, że mamy się nie przejmować, bo on pracuje w ZAiKS-ie – wspomina Anna Borowik. – Więc widzi pan, co robicie ludziom – podsumowali. I zamiast rocka na pogrzebie popłynęły tony muzyki klasycznej.

Mistrzyni ceremonii podkreśla, że świecki pogrzeb nie oznacza, iż jest on ateistyczny. Mało tego: często się zdarza, iż bliscy zmarłego życzą sobie, aby na koniec pogrzebu ogłosić, kiedy odbędzie się msza w intencji nieboszczyka. Bo przecież te wszystkie misteria pogrzebowe są nie dlatego, że w czymkolwiek mogą zmarłemu pomóc. Mają głównie na celu oswojenie śmierci. Ile kosztuje taka msza bez księdza? Tyle, co piękny wieniec. A więc około 500 zł. Czasem mniej, czasem więcej.

Podobnie zresztą działają inne praktyki pogrzebowe, jak coraz popularniejsze w Polsce balsamowanie zwłok czy rekonstrukcja pośmiertna. Adam Ragiel, bodaj najbardziej znany balsamista w Polsce (rekonstrukcja, kosmetyka pośmiertna, prowadzi także szkołę dla osób, które chciałyby pracować w tym zawodzie), tłumaczy, że większość zabiegów, jakie wykonuje się przy ciele zmarłego, ma na celu uspokojenie jego bliskich. – Ludzie lżej przeżywają żałobę, kiedy widzą, że nieboszczyk wygląda równie dobrze lub wręcz lepiej niż za życia. Żadnych zmian spowodowanych przez wycieńczającą chorobę, brak obrażeń, które odniósł w wypadku. Leży jakby spokojnie spał – opowiada.

On działa w branży od 15 lat, zaczynał jak większość – od pomagania w zakładzie pogrzebowym. Denerwowało go, że zmarłym nie poświęca się uwagi, na jaką zasługują. Na przykład nie obcina się im paznokci, nie czesze, nie goli. Ot, ubrać, włożyć w trumnę i do dołu. – W Polsce mnóstwo pieniędzy wykładało się na karawany, kwiaty i takie historie, a nieboszczykiem nikt się nie przejmował – mówi. Teraz rośnie świadomość, ludzie mają coraz większe wymagania, a dostępne technologie współgrają z naszymi uwarunkowaniami kulturowymi. Bo choć w miastach coraz bardziej spychamy śmierć do wyspecjalizowanych placówek, to w tych mniejszych ludzie wciąż chcą towarzyszyć swoim bliskim do samego końca. Odmówić różaniec, pożegnać, pocałować... Dlatego balsamacja cieszy się coraz większym zainteresowaniem – to już jakieś 10 proc. wszystkich pochówków. Zwłaszcza że nie jest to usługa dla bogatych, jak mogłoby się wydawać. Czasy faraonów dawno minęły, dziś możemy mieć balsamistę na telefon za 350–500 zł.

Kolejny stopień wtajemniczenia to rekonstrukcja pośmiertna. Balsamistów jest u nas około 70, fachowców, którzy są w stanie przeprowadzić rekonstrukcję ciała, blisko setki. – Jeden z najtrudniejszych przypadków, z jakim się zmagałem, to był kierowca tira, który zderzył się autem z drzewem – opowiada Ragiel. Są techniki, są materiały, które pozwalają tak zrekonstruować ciało, aby ostatnie pożegnanie nie było traumą dla rodziny. Kiedy pytam o cenę, odpowiada, że średni koszt takiego zabiegu to 800 zł. – Ale w przypadku np. ofiar katastrof kolejowych, kiedy trzeba zrekonstruować całe ciało, może to być wielokrotność tej sumy – zastrzega. I dodaje, że takie zlecenia rzadko się zdarzają, gdyż ludzie chcą się jednak pożegnać z ciałem kochanego człowieka, nie z silikonowym manekinem.

Zalew chińszczyzny

Każdego nieboszczyka w naszych realiach kulturowych należy umieścić w trumnie. I to niezależnie od tego, czy ma zostać pochowany w tradycyjny sposób w ziemi, czy spalony w piecu krematoryjnym. Oczywiście wszystko jest kwestią możliwości finansowych rodziny.

Co ciekawe, Polska jest potentatem na rynku trumiennym – nie tylko w Europie, ale także na świecie. Mamy swoje dobre know-how, nowoczesne technologie, produkujemy trumny na skalę przemysłową. I nawet Chińczycy nie są w stanie naszych firm przeskoczyć. Największą firmą w Polsce, ale także największą w europejskiej skali jest przedsiębiorstwo ZPD Lindner, które wypuszcza rocznie ok. 14 tys. trumien i zatrudnia 160 osób. – Lubię myśleć o nich jako o meblach. Albo o opakowaniach drogocennych diamentów – mówi Zbigniew Lindner, właściciel firmy.

Taką przyjęli filozofię: trumna jest ostatnim miejscem, w którym spoczywa człowiek. Powinna więc być piękna i wygodna. Dzięki takiemu podejściu udało im się zmonopolizować rynek europejski i, co najważniejsze, doprowadzić do sytuacji, że niemieckie zakłady trumniarskie de facto przestały już istnieć. Teraz Niemcy chowają zmarłych w polskich trumnach. Mało tego. Jak opowiada właściciel przedsiębiorstwa, ostatnio udało mu się zrobić interes życia: poprzez spółkę ukraińską będą sprzedawać swoje wyroby na rynek rosyjski. – Trzymam kciuki, żeby to się udało – wzdycha. I tłumaczy, że jego firmie udało się zająć taką pozycję dzięki paru prostym kwestiom: dbaniu o rynek, kreatywności i podążaniu za rynkowymi trendami. Robią trumny przemysłowo, ale także na indywidualne zamówienia – np. dla dziennikarzy. Takie, jakich sobie życzą szerokie masy, ale również – jeśli to może oddać sedno – hipstersko-tematyczne. Na przykład zielone dla wegetarian i ekologów. Ostatnim hitem są trumny origami, wyklejane papierem. – Próbowali i wciąż próbują nas podrobić, ale nic z tego. Diabeł tkwi w szczegółach – Zbigniew Lindner jest zadowolony.

Inna sprawa, że dużo inwestują. W produkcję, nowoczesne maszyny, na dniach uruchamiają kolejną halę fabryczną. Ale także w marketing. Sławę medialną fabryce trumien przyniosły kontrowersyjne kalendarze, na których mocno roznegliżowane kobiety pozują do zdjęć w entourage’u trumien i nieżywych (albo półżywych) mężczyzn. – To moi pracownicy wypowiadają się w sposób artystyczny – kwituje Lindner. I tylko trochę rozbawienia słychać w jego głosie. Choć żeby powiedzieć uczciwie – nie mówi, że zyski z kalendarzy idą na cele charytatywne. A idą. Inna sprawa, że mogą sobie na to pozwolić.

W innej, dużo gorszej sytuacji finansowej jest branża kamieniarska. A w każdym razie ci z przedsiębiorców, którzy kiedyś postawili na biznes funeralny. Jak mówi Kazimierz Sitarz, przewodniczący Związku Pracodawców Branży Kamieniarskiej, stare dobre firmy zajmujące się produkcją nagrobków już w zasadzie przestały istnieć. A w każdym razie zmieniły profil swojego działania. Chodzi o te maluchy, których jest jakieś 3–4 tys. na terenie kraju, zatrudniające w porywach do 5 osób, które kiedyś w przycmentarnych warsztatach produkowały cmentarne pomniki. A dziś zamieniły się w dilerów chińszczyzny, bo ona zalewa nasze cmentarze. Liczy się cena. Prosty przelicznik: jeśli chiński nagrobek (nic wyrafinowanego) kosztuje w detalu 1,2 tys. zł, to ten zrobiony przez polskiego rzemieślnika nie może być tańszy niż 2 tys. zł. Bo surowiec drogi, bo maszyny i narzędzia także kosztują. Więc to już nie jest tak, jak za Jana Himilsbacha, jak za komuny, kiedy import surowców skalnych był zakazany i wszystkie groby wyglądały tak samo: szare, mało efektowne, bo robione z rodzimego granitu. Średnioziarnistego strzegomskiego lub drobnoziarnistego strzelińskiego lub zimnickiego. Dziś każdy może wybrać – także kolor i strukturę – z setek kamieni sprowadzanych z najodleglejszych części świata. Co może kosztować, jak podkreśla Sitarz, dowolną kwotę.

On sam jest biegłym sądowym i niedawno brał udział w rozprawie, gdzie klient zakwestionował rachunek wystawiony przez kamieniarza, który opiewał na 97 tys. zł. – Po mojej wycenie rachunek spadł do 50 tys. zł z kawałkiem – wspomina. Ale też pomnik był zrobiony z czarnego szweda, bo tak w branży nazywa się ten kamień, którego metr kwadratowy kosztuje ok. 2 tys. zł. I był naprawdę duży – z kolumienkami, kapliczką etc. – Co nie zmienia faktu, że akurat ta podbranża pogrzebowa u nas leży – zastrzega Sitarz.

Targi i media

Leży czy stoi – i tak jest się o co bić. I bitwy, mówiąc prawdę, bywają krwawe i rujnujące w swoim efekcie. Jak mówi jeden z przedsiębiorców pogrzebówki, on zatrudnia kilku strażaków, bo wie, że konkurencja będzie starała się go spalić. Inni, duzi, mają na etatach albo na umowach ochroniarzy, którzy w razie potrzeby będą się dobrze prezentowali w uniformach i poniosą trumnę.

Warto jednak pamiętać, że biznes funeralny to nie tylko groby, cmentarze, zmarli i to wszystko, co z nimi się wiąże. To także wydawnictwa prasowe, to targi branżowe, na których wystawia się piece krematoryjne, trumny i temu podobne akcesoria. To wreszcie drobnica typu wieńce, tabliczki nagrobne, krzyże. I jeszcze szkolenia. Krzysztof Wolicki ma taką właśnie firmę szkoleniową, która oferuje szeroką tematykę: od BHP, poprzez prawo budowlane (bo grób to budowlany wykop), na warsztatach psychologicznych kończąc. Najbardziej wzięty temat: Jak się nie dać wypaleniu zawodowemu.

– Kto się najbardziej wypala – pytam. – Ci, którzy mają do czynienia z rodzinami pogrążonymi w bólu. Bo praca ze zmarłymi jest całkiem spokojna – brzmi odpowiedź. I to prawda, bo jedyną osobą, która zachowuje spokój w tym bitewnym zgiełku, jest on, nieboszczyk.