Rezultat tej, cokolwiek by mówić, symbolicznej zmiany może być doniosły: wszystkie wskaźniki, których elementem jest PKB, np. dotyczące poziomu deficytu budżetowego czy zadłużenia publicznego, nieco się poprawią. Czy to znaczy, że będziemy żyć w lepszym świecie i bogatszym kraju?

Nic podobnego. W kasie państwa pieniędzy nie przybędzie, nie skapnie więcej na ochronę zdrowia, edukację czy wojsko. Nie odczujemy żadnej zmiany we własnych portfelach. Przepaść, która dzieli nas od najbogatszych, także się nie zmniejszy. A szara strefa w gospodarce będzie kwitła jak dotąd.

Więc o co chodzi? Może o wierniejszy obraz rzeczywistości (narkotyki i prostytucja są, niestety, jej częścią), a może o to, by kiedyś nieco inaczej dzielić pieniądze w UE – przecież w końcu to unijny pomysł. Abstrahując od dyskusji, czy PKB to odpowiednia miara naszej szczęśliwości i czy naprawdę ilustruje poziom, a zwłaszcza jakość życia, trzeba powiedzieć, że grzebanie w statystykach –nawet jeśli z jakichś względów uzasadnione – jest marną receptą na kłopoty i wyzwania ekonomiczne, z jakimi mierzy się Unia. No i zawsze wtedy przypomina mi się historia Lejzorka Rojtszwańca z zapałem rozmnażającego króliki w tulskiej guberni. Nikomu nie przeszkadzało, do czasu oczywiście, że niebywały, statystycznie rzecz biorąc, wzrost pogłowia był zasługą martwej pary.