W tym roku ceny mogą wzrosnąć średnio o zaledwie 1,1 proc. – szacuje Instytut Ekonomiczny NBP. To nie tylko znacznie mniej, niż eksperci IE zakładali w poprzednim wydaniu swoich prognoz, jesienią ub.r. (wtedy spodziewali się 1,7-proc. wzrostu), ale też grubo poniżej celu inflacyjnego założonego przez bank centralny (2,5 proc.). Przedstawiciele NBP tłumaczyli wczoraj, że rewizja szacunków to efekt niższego punktu startu (inflacja w ubiegłym roku była niższa od zakładanej) i m.in. nowych prognoz dla cen surowców. Według nich nie powinny się one zmienić (w ubiegłym spadły o 1,5 proc.). Inne powody to szacowana obniżka cen wywozu śmieci czy leków refundowanych.

Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK, mówi, że to właśnie niska inflacja będzie głównym powodem wstrzemięźliwości Rady Polityki Pieniężnej w podwyższaniu stóp. I to nie tylko ta bieżąca – zgodnie z projekcją wskaźnik może się zbliżyć do celu NBP dopiero w 2016 r. BZ WBK właśnie zmienił zdanie i teraz sądzi, że dwie pierwsze podwyżki nastąpią dopiero w I kw. przyszłego roku, a nie w IV kw. tego roku. W sumie w 2015 r. stopy wzrosną o 1 pkt proc.

– RPP daje wyraźne sygnały, żeby nie spodziewać się szybkich podwyżek – mówi Piotr Bielski. I przypomina, że na marcowym posiedzeniu rada wydłużyła też deklarowany czas braku zmian w swojej polityce: teraz stopy nie powinny się zmienić do końca września. Wcześniej datą graniczną był czerwiec. Do tego poszczególni członkowie RPP coraz śmielej mówią o tym, że nie ma potrzeby niczego zmieniać do końca roku. Przykład to wczorajszy wywiad Adama Glapińskiego dla „Bloomberga”, w którym powiedział on, że można bezpiecznie utrzymać rekordowo niskie stopy do końca 2014 r., bo symptomy ożywienia są kruche.

Marcin Mazurek, ekonomista mBanku, również obstawia pierwsze podwyżki w I kw. i też uzasadnia to niską inflacją – ale w innym kontekście. Jego zdaniem wskaźnik wzrostu cen może jeszcze spaść, jeśli polscy eksporterzy będą mieli problem ze sprzedaniem swoich towarów na Wschodzie. Tego projekcja NBP nie bierze pod uwagę. Według wyliczeń Mazurka skutki obowiązującego już embarga na wieprzowinę, jakie wprowadziła Rosja, to obniżka inflacji o 0,3–0,4 pkt proc.

– Dlatego my zmieniliśmy swój scenariusz dla stóp jeszcze przed marcowym posiedzeniem RPP i przed publikacją nowej projekcji – mówi Mazurek. Dodaje, że w całym przyszłym roku RPP powinna podwyższyć stopy czterokrotnie.

Analityk wskazuje przy tym, że dodatkowym powodem opóźnienia może być ryzyko osłabienia wzrostu gospodarczego związane z potencjalną eskalacją napięcia na Wschodzie. Sam efekt handlowy – czyli skutek ograniczenia wartości sprzedawanych towarów bez uwzględnienia pośredniego wpływu, jak np. spadek zatrudnienia w polskich firmach i związana z tym niższa konsumpcja – mógłby zdjąć ze wzrostu PKB około 0,3–0,4 pkt proc.

O ukraińskim ryzyku dla wzrostu mówią też inni eksperci. Tomasz Kaczor, ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego, wylicza ten efekt – w najgorszym możliwym wariancie – nawet na 0,6–0,7 pkt proc. Ostrożniejsi są ekonomiści Credit Agricole, którzy szacują ubytek we wzroście rzędu 0,2–0,3 pkt proc. To przy założeniu, że przez osłabienie hrywny i spadek popytu polski eksport na Ukrainę będzie mniejszy o około 23 proc. W obu przypadkach ekonomiści nadal liczą jeszcze na podwyżki w tym roku – ale przyznają, że szanse na nie są coraz mniejsze.

Eksperci zwracają przy tym uwagę, że prognoza wzrostu gospodarczego zawarta w najnowszej projekcji IE NBP jest dość optymistyczna, nawet jeśli porównać ją do oczekiwań analityków sprzed kryzysu ukraińskiego. Zakłada ona 3,6-proc. wzrost PKB w tym roku, a konsensus rynkowy to około 3 proc. Projekcja nie uwzględnia skutków kryzysu. Jacek Kotłowski, zastępca dyrektora generalnego IE NBP, mówił wczoraj, że ryzyko związane z kryzysem jest w tej chwili bardzo trudne do oszacowania.

– Gdyby doszło do załamania albo ograniczenia handlu przez wprowadzanie embarga albo problemy z finansowaniem, to biorąc pod uwagę skalę naszego eksportu do Rosji i na Ukrainę, niewątpliwie miałoby to negatywny wpływ na wzrost PKB – przyznaje Kotłowski. Choć jego zdaniem nie musiałby on być duży.

Co miałoby dać opóźnienie we wprowadzaniu podwyżek? Teoretycznie utrzymywanie kilka miesięcy dłużej rekordowo niskich stóp to niższy koszt kredytu. A tańszy kredyt może wpływać na zwiększenie konsumpcji. Piotr Bielski wątpi jednak, by ten efekt był wyraźnie widoczny.

– Niskie stopy mamy już od trzech kwartałów. I trudno powiedzieć, czy to one spowodowały lekkie ożywienie w kredytach konsumpcyjnych i inwestycyjnych, czy też raczej lepsze postrzeganie perspektyw gospodarki. Moim zdaniem to drugie – mówi ekonomista.

Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium, jest podobnego zdania. Choć podaje inne uzasadnienie. – Czas opóźnienia będzie po prostu zbyt krótki, by miało to jakiś szczególny wpływ na gospodarkę – uważa.

Prognoza wzrostu gospodarczego IE NBP jest dość optymistyczna