Indeks RTS spadł wczoraj o 12 proc., a MMBB – o 10,8 proc. Najmocniej dołowali państwowi giganci. Akcje Banku WTB straciły wczoraj na wartości aż 17,5 proc., Sbierbanku – 14,9 proc., Gazpromu – 12,7 proc., Rostielekomu – 9,4 proc., Łukoilu – 7,4 proc., a Rosnieftu – 6,4 proc. Analitycy podliczyli, że akcje spółek notowanych w Rosji straciły wczoraj 2,1 bln rubli (170 mld zł) kapitalizacji, o jedną trzecią więcej, niż kosztowały igrzyska w Soczi.

– Zadziałały stop-lossy, rozprzedają Rosję – mówił „Wiedomostiom” trader jednego z rosyjskich banków.

Negatywne rekordy bił również kurs rosyjskiego rubla. Cena dolara osiągnęła wczoraj 36,6 rubla, najwięcej od pięciu lat.

Także dlatego Bank Rosji podniósł wczoraj bazową stopę procentową do 7 proc., czyli o 1,5 pkt proc. Nie pomogły interwencje banku centralnego na rynku walutowym, które specjaliści pytani przez Bloomberga ocenili na 7–10 mld dol. Według Reutersa bez nich waluta mogła spaść do 37,5 rubla za dolara. Wiceszef ministerstwa rozwoju gospodarczego Andriej Klepacz odmówił komentarzy.

Bezpośrednie straty finansowe Rosji przysłaniają potencjalne korzyści z odzyskania Krymu. Do nich należałoby zaliczyć przede wszystkim umocnienie kontroli nad Morzem Czarnym. Po Abchazji i Naddniestrzu półwysep mógłby zostać dozbrojony i stać się jeszcze ważniejszym punktem na rosyjskich mapach wojskowych.

Ukraina straciłaby przy tym kontrolę nad znaczną częścią Morza Czarnego, na której znajdują się między innymi liczne złoża surowców. Przy okazji zaś prezydent Władimir Putin odegrałby się za drugą w swojej karierze (po pomarańczowej rewolucji w roku 2004) porażkę na Ukrainie. I przestrzegł innych potencjalnych chętnych, że Moskwa ma prawo weta przy zmianach władzy w tak zwanej bliskiej zagranicy, jak nazywa się państwa powstałe po upadku ZSRR.