Jej istotą, przypomnę, było przejście od systemu zdefiniowanego świadczenia do systemu zdefiniowanej składki. Na razie temu rządowi udało się zmarginalizować drugi filar, niszcząc tym samym zasadę dywersyfikacji świadczenia. Udało mu się też odwrócić trend w zakresie międzypokoleniowego podziału długu, korzystny dla przyszłych generacji.

Możemy jednak być pewni, że już wkrótce jakiś kolejny rząd – jeszcze mocniej przyciśnięty do muru swoją niemocą w kwestii reformy wydatków publicznych, jeszcze bardziej arogancki, populistyczny i mający jeszcze mniej skrupułów odnośnie do merytorycznej jakości debaty publicznej – zdecyduje o porzuceniu zasady zdefiniowanej składki na rzecz powrotu do zdefiniowanego świadczenia. I to dopiero będzie koniec „poprawiania reformy”, zapoczątkowanej w cieniu kryzysu finansów publicznych w roku 2010.

Taka logika rozwoju wydarzeń jest nieunikniona. Świadczenia emerytalne będą musiały maleć i początkowo coraz bardziej zależeć będą od decyzji politycznych, czyli od reguł waloryzacji konta i licznych subkont, jakimi obrastają zapisy elektroniczne w ZUS. Do pewnego momentu politycy będą w tych nic ich niekosztujących na krótką metę darowiznach bardzo hojni. Ale rachunek dla generacji przyszłych podatników będzie coraz wyższy. System świadczeń socjalnych generuje permanentny deficyt między zebranymi składkami a wypłacanymi świadczeniami. System ZUS, pierwszy filar, który miał się po reformie zbilansować w okresie 30 lat, pozostanie niezbilansowany, bo zakłócają go zmiany zasad waloryzacji składek i dorzucanie coraz nowych, jeszcze hojniej waloryzowanych subkont.

Aż wreszcie przyjdzie ktoś, kto powie: na co nam to wszystko? Dajmy ludziom godziwe emerytury. W końcu wszyscy tak ciężko na nie pracowali. I jeszcze na dodatek mogą wciąż na tej emeryturze głosować. Przywróćmy normalne zasady: należy się 80 proc. ostatniej pensji. Inni krzykną: 100 proc. I będzie po herbacie. Ten rząd – i o to właśnie, a nie o kłamstwa czy niechlujność argumentacji trzeba mieć do niego pretensje – wypuścił z butelki dżina destrukcji reformy emerytalnej, której udało się przetrwać ledwie 14 lat. Za kilkadziesiąt lat nikt już nie będzie pamiętał, jak to się zaczęło. Dlatego naszym obowiązkiem jest tę pamięć, jak tylko się da, utrwalić.

Nie ma najmniejszych szans, by przy zaproponowanych zasadach obejścia się z zasobami i strumieniami przyszłych składek drugi filar systemu emerytalnego zdołał przetrwać. Nie trzeba być Einsteinem Excela, by obliczyć, że nawet przy 70 proc. zdeterminowanych wyznawców OFE, począwszy od roku 2028, czyli już niebawem, powszechne akcyjne fundusze emerytalne (bo tak chyba trzeba by je nazwać) przestaną być nabywcami netto akcji. Innymi słowy: w związku z działaniem mechanizmu suwaka zmuszającego OFE do przekazywania na konta w ZUS aktywów ubezpieczonych, więcej akcji byłoby sprzedawane niż kupowane. Uwiąd powszechnych akcyjnych funduszy emerytalnych jest więc nieunikniony. A będzie oczywiście tym szybszy, im mniej ludzi podejmie wysiłek konieczny dla pozostawienia ok. 15 proc. swojej emerytury w rękach prywatnych podmiotów na 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

To rozwiązanie nie jest żadną „realną weryfikacją siły giełdy”, jak czasem słyszymy od niezadeklarowanych (chyba ze wstydu) obrońców starego systemu emerytalnego. Nawet przy umiarkowanie negatywnym scenariuszu, w okresie kilku najbliższych lat OFE nie będą miały noża na gardle w kwestii sprzedaży akcji, bo wciąż więcej będą dostawać ze składek, niż zmuszone będą oddawać za sprawą suwaka. Efekt ujemnego napływu netto składek jest jednak tylko kwestią czasu. Podobnie jak zmiany struktury akcyjnego portfela, skąd wyrzucane będą spółki bardziej ryzykowne i mniej płynne. Skokowy wzrost udziału akcji w portfelach OFE z niespełna 41 do ponad 76 proc., jaki musi być następstwem przekazania do ZUS obligacji, wystawia fundusze na olbrzymie ryzyko zmienności, którego żaden zarządzający nie będzie chciał podjąć. Rząd funduje nam kilkuletnie tornado zmienności na giełdzie. Świadomie? Naprawdę nie mam pojęcia.

A co z rynkiem obligacji? OFE, ze swoim 12-proc. udziałem w rynku SPW, są w deklaracjach werbalnych przedstawicieli rządu wyraźnie marginalizowane. „To nieistotni gracze” – słyszymy. Czyżby? Kuriozalny zakaz inwestowania przez OFE w SPW zmienia nie tylko podmiotową strukturę inwestorów, przesuwając rynek jeszcze bardziej w kierunku nierezydentów. Zmienić też musi duration długu, ponieważ zagranica wyraźnie preferuje krótki, a nie długi koniec krzywej.

Ryzykowne jest twierdzenie, że mniejsze emisje SPW, wynik mniejszych potrzeb wyrównywania ZUS ubytku składki kierowanej do OFE, korzystnie wpłyną na ceny obligacji. Fundusze zagraniczne inwestujące w polskie obligacje, po wyeliminowaniu z rynku OFE, muszą przekalkulować ryzyko zasadniczo mniejszej płynności. I będą za to oczekiwać premii. Może się więc okazać, że mniejszy rynek długu okaże się dla rządu trudniejszy, droższy, a dla inwestorów bardziej zmienny.

Co tak naprawdę wiemy po drugim etapie „reformowania” OFE? Że rząd ma zagwarantowane umorzenie co najmniej 140 mld zł obligacji, co zredukuje dług publiczny o ok. 8 proc. PKB. Wiemy też, że w ramach międzygeneracyjnego przesunięcia długu kwota ta, zwiększona o stosowną waloryzację, zostanie przesunięta na przyszłe pokolenia. Wiemy, że czekają nas kilkuletnie perturbacje na rynku kapitałowym, z pierwszą kulminacją już w połowie 2014 r. Wiemy, że uwiąd OFE, trwający od kilku do kilkunastu lat, jest nieunikniony. Wiemy też, że w takim właśnie okresie ostro wzrasta ryzyko powrotu do systemu zdefiniowanego świadczenia. Sporo więc wiemy, by móc właściwie ocenić postępowanie tego rządu, który z poczuciem, chciałbym jednak w to wierzyć, pewnego zakłopotania kończy właśnie otwierać puszkę Pandory.