– Najgorzej sytuacja wygląda wśród firm zatrudniających 10–25 pracowników. Aż 52 proc. z nich jest w złej sytuacji. Dla porównania w grupie firm liczących 100–249 pracowników takich podmiotów jest ok. 20 proc., a w wśród tych liczących więcej niż 250 – mniej niż 14 proc. – tłumaczy Tomasz Starzyk, analityk Bisnode Polska. Branża także się spodziewa, że najbardziej zagrożone są małe i średnie firmy. – Duże podmioty mają największe szanse na wygranie przetargów. Nie tylko dlatego, że dysponują odpowiednią skalą działania wymaganą przez gminy – mają także pieniądze na wadium – tłumaczy Krzysztof Sokolik z Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Handlowo-Usługowego „Lekaro”, które obawia się o swoją przyszłość.

Na dodatek duzi gracze będą w stanie obniżyć koszty na tyle, aby dostosować się do cen wymaganych w przetargach.

Tego, że rynek zdominują wielkie firmy, obawiają się też samorządy, szczególnie te, które mają własne spółki komunalne. I dlatego za wszelką cenę starają się uniknąć konieczności ogłaszania przetargów. Złożyli w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego.

Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami (PIGO), odpiera zarzuty. Jak podkreśla, duże firmy mają wysokie koszty bieżące, co paradoksalnie może stawiać je w trudniejszej sytuacji niż firmy lokalne. – Obecnie organizowane przetargi wygrywają firmy lokalne. Ich słabością jest jednak to, że jeżeli nie wygrają przetargu na świadczenie usług w swojej okolicy, będą na straconej pozycji. Małym firmom opłaca się świadczyć usługi wywozu śmieci w promieniu 60 km – uzupełnia Dariusz Matlak.

Dla małych firm sposobem na przetrwanie może być zrzeszanie się w konsorcja przy przetargach albo wejście w rolę podwykonawcy firm, które zdobędą kontrakty.