Największe banki centralne świata – Rezerwa Federalna USA i Europejski Bank Centralny – właśnie uruchomiły swoje drukarnie. Cel główny: ustabilizowanie sytuacji na rynkach finansowych, co w drugim kroku powinno przełożyć się na zwiększenie popytu i przyspieszenie wzrostu gospodarczego.

Jeśli do tego dojdzie, polska gospodarka też powinna na tym skorzystać. Dariusz Winek, ekonomista BGŻ, sądzi, że większa płynność na globalnym rynku finansowym ustabilizuje złotego, bo apetyty inwestorów na mniej bezpieczne inwestycje – np. w naszą walutę – wzrosną. – Poprawi się postrzeganie ryzyka kredytowego w bankach największych gospodarek, co będzie też miało wpływ na nasz sektor bankowy. Większość polskich banków jest przecież kapitałowo powiązana z zagranicznymi – mówi ekonomista BGŻ. Łatwiejszy dostęp do kredytu plus poprawa nastrojów na głównych rynkach eksportowych mogą skłonić polskie firmy do inwestowania. A to jeden z motorów wzrostu gospodarczego.

Pod warunkiem jednak, że wpompowanie w system finansowy nowej porcji gotówki nie przyniesie poważnego skutku ubocznego: wzrostu cen surowców. Może to wywołać zwłaszcza działanie Fed, bo wykup obligacji przez EBC ma być sterylizowany – co oznacza, że to, co bank wyda na papiery, postara się ściągnąć z rynku z powrotem, przyjmując te pieniądze na depozyt. Fed już raz drukowaniem dolara wywołał surowcową hossę. Poprzednie etapy tzw. luzowego ilościowania polityki pieniężnej spowodowały m.in. silny wzrost cen ropy na przełomie lat 2010 i 2011, historyczne rekordy ceny uncji złota oraz wysokie ceny produktów rolnych.

– Gdyby znów doszło do globalnego wzrostu cen surowców, działanie Fed okazałoby się dla naszej gospodarki bardziej szkodliwe niż korzystne – mówi Adam Czerniak, ekonomista Kredyt-Banku. Zwłaszcza teraz, przy złej sytuacji na rynku pracy. Analityk spodziewa się dalszego hamowania dynamiki wzrostu płac – co przy zwiększonych cenach wywołanych drogimi surowcami może oznaczać realny spadek wynagrodzeń. – Wzrost cen surowców spowodowałby dotkliwe koszty dla gospodarstw domowych. Umocnienie złotego nie byłoby tak duże, żeby to zniwelować – mówi Czerniak.

Grzegorz Maliszewski, ekonomista Banku Millennium, dodaje, że problemy konsumentów mogłyby wywołać efekt domina: mniejszy dochód to niższa konsumpcja. To z kolei przekłada się na wielkość produkcji. I zniechęca firmy do inwestowania. – Ostateczny efekt to wyhamowanie wzrostu gospodarczego – ocenia Maliszewski.

Jednak scenariusz z drożyzną na rynkach surowców w roli głównej wcale nie musi się ziścić. Jak mówi Adam Czerniak, tym razem działanie Fed jest jak podłączenie kroplówki słabnącej gospodarce, a nie jednorazowy strzał z bazooki. Inwestorzy mają problem z oceną, jaką ilość pieniądza rezerwa dostarczy rynkom – i nie są w stanie dostosować do tego swoich inwestycyjnych strategii.

– Poza tym samo drukowanie pieniądza chyba nie wystarczy, żeby wywołać kolejny szok na rynku surowców. Wśród inwestorów panuje przekonanie, że są one już dość drogie. Musiałyby zadziałać inne czynniki, np. wybuch konfliktu na Bliskim Wschodzie skutkujący mniejszą podażą ropy albo seria klęsk żywiołowych u głównych producentów żywności – mówi Adam Czerniak.

Dariusz Winek dodaje, że poprzednio run na surowce miał jeszcze jeden powód: na rynku znalazło się dużo gotówki, a inwestorzy bali się ją lokować w instrumenty finansowe, np. w obligacje krajów strefy euro w obawie przed jej rozpadem.

– Dziś zaufanie do takich instrumentów jest większe, a strach przed rozpadem Eurolandu znacznie mniejszy – mówi ekonomista.

Zaufanie do obligacji krajów UE jest większe niż rok czy dwa lata temu

Co zrobią Fed i EBC

Na kolejną rundę wspierania gospodarki przez amerykańską Rezerwę Federalną składa się głównie skup obligacji opartych na kredytach hipotecznych, co będzie kosztowało ok. 40 mld dolarów miesięcznie. Fed będzie to robił do czasu, aż poprawi się sytuacja na rynku pracy USA. Zamierza też nadal wymieniać długoterminowe obligacje na krótkoterminowe – to tzw. operacja twist, która potrwa do końca roku. Rezerwa zapowiada też utrzymanie niskich stóp procentowych do połowy 2015 r.

Plan Europejskiego Banku Centralnego ma polegać na nieograniczonym skupie obligacji zagrożonych krajów strefy euro, by ustabilizować ich rentowność i wyeliminować ryzyko niewypłacalności. Pieniądze z EBC mają do banku wrócić w formie depozytów.

Współpraca Sławomir Łuniewski