Robert Kubica na razie jeszcze nie wraca na tory Formuły 1, ale wyścigowa karuzela kręci się dalej – na dodatek coraz bardziej globalnie. Większościowy udziałowiec zarządzającej nią spółki – brytyjski fundusz CVC Capital Partners – zamierza sprzedać część akcji Formuły 1 na giełdzie. Szef F1 Bernie Ecclestone powiedział wczoraj Reutersowi, że będzie rekomendował, by giełdowy debiut odbył się w Singapurze.

Szefostwo F1 od kilku lat ograniczają liczbę wyścigów w Europie na rzecz Azji. W rozpoczętym w minioną sobotę sezonie 2012 na Starym Kontynencie odbędzie się tylko osiem z 20 wyścigów. W ostatnich kilku latach w wyścigowym kalendarzu pojawiły się natomiast Grand Prix Abu Zabi, Bahrajnu, Chin, Indii, Korei Południowej czy właśnie Singapuru.

To efekt zarówno chęci zdobycia dla F1 nowych rynków, jak i kryzysu finansowego w Europie. Organizacja wyścigów bowiem kosztuje, i to słono. Opłaty za prawo goszczenia wyścigów wyniosą w tym sezonie około 700 mln dolarów, czyli będą wyższe niż przychody ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. Władze toru Circuit de Catalunya pod Barceloną, na którym odbywa się GP Hiszpanii, podobnie jak rząd Walencji (GP Europy), zamierzają poprosić Berniego Ecclestone’a, by zmniejszył im opłatę za wyścig.

Hiszpanie przyznali się, że stać ich na sfinansowanie najwyżej jednego wyścigu. W ubiegłym roku dochody wyścigów w Hiszpanii spadły z 25 do zaledwie 7 mln euro. W pogrążonej w kryzysie Hiszpanii organizatorom coraz trudniej idzie znalezienie sponsorów, a władze regionalne też nie mają pieniędzy na dokładanie do imprezy. Z powodu zbyt wysokich kosztów z tegorocznej mapy wyścigowej zniknęła np. Turcja. Według tureckich organizatorów w samym tylko 2010 r. organizacja wyścigu (w tym opłata na rzecz F1) pochłonęła 150 mln dolarów. Tymczasem tor w Stambule świecił pustkami – z 300 tys. miejsc zajętych było zaledwie 10 proc.

Na brak zysków nie narzekają jedynie właściciele F1. W tym sezonie przychody z wyścigów mają po raz pierwszy przekroczyć 2 mld dolarów.