To, że wzrost cen na razie nie odpuszcza, widać także w publikowanych przez NBP danych o inflacji bazowej, czyli po odliczeniu cen najbardziej zmiennych żywności i energii, co pozwala trafniej zrozumieć jej źródła i prognozować przyszły poziom. W styczniu, gdy inflacja konsumencka – CPI, wynosiła 4,1 proc., po wyłączeniu z niej cen administrowanych jej poziom wynosił 3,7 proc., a po wyłączeniu cen żywności i energii – 2,5 proc. W lutym CPI podskoczyło do 4,3 proc., a po wyjęciu cen administrowanych już 4 proc. i żywności – 2,6 proc.

Spodziewaliśmy się tego wzrostu. Wynika z przyspieszenia dynamiki cen tytoniu i cen w kategorii rekreacja i kultura – tłumaczy Radosław Bodys, główny ekonomista PKO BP. Ale już widać hamowanie wzrostu. – Najwyższym poziomem od kwietnia 2002 r., czyli od niemal 10 lat, był poziom inflacji bazowej zanotowany w grudniu 2011 r., kiedy wynosiła 3,1 proc. r./r. – mówi Bodys.

Mimo lekkiego wzrostu inflacji bazowej w lutym w porównaniu ze styczniem i czekającej nas podwyżki gazu, dynamika wzrostu cen zacznie słabnąć. Będzie to efekt wysokiej bazy z 2011 r., mocniejszego złotego i słabnącej konsumpcji. – Dlatego jeśli jeszcze pojawią się jastrzębie głosy w komunikatach Rady Polityki Pieniężnej, to raczej ich celem będzie większe umocnienie naszej waluty niż chęć faktycznej podwyżki stóp – przekonuje Bartosz Sawicki. Uważa, że do końca roku CPI zejdzie do 2,5 proc., czyli celu inflacyjnego RPP.