Wymiana walut w sieci to coraz większa część rynku finansowego. Biznes ruszył pełną parą kilka miesięcy temu, kiedy Sejm zniósł opłaty za spłacanie kredytów walutowych bezpośrednio w banku. Najłatwiej wymieniać pieniądze i spłacać raty w internecie, bo wtedy franki lub euro od razu trafiają na rachunek. Do tego w sieci jest taniej, i to zarówno w porównaniu z tradycyjnymi kantorami, jak i kursami w bankach – różnice mogą przekraczać nawet 10 gr. A to oznacza spore oszczędności na miesięcznych ratach hipotecznych. Nic dziwnego, że obroty największych internetowych kantorów sięgają nawet kilku milionów złotych dziennie.

Kłopot w tym, że nad bezpieczeństwem gigantycznych transferów w sieci nie czuwa nikt. Tradycyjne kantory podlegają nadzorowi NBP i to on teoretycznie powinien mieć pod swoją opieką także ich ramię internetowe. Nic z tego. NBP twierdzi, że nadzór nad kantorami w sieci nie należy do jego kompetencji. I odsyła do wchodzącej dzisiaj w życie ustawy o usługach płatniczych.

Co na to KNF? – Ustawa wprowadza nadzór nad instytucjami płatniczymi i biurami usług płatniczych, a nadzór nad kantorami to obowiązek NBP – mówi Katarzyna Mazurkiewicz z biura prasowego Komisji Nadzoru Finansowego.

Wygląda na to, że powołanie się na ustawę niewiele daje, bo... nie ma w niej nic o kantorach w sieci. – W tym przypadku podmiot świadczący usługę wymiany walut nie wykonuje usługi płatniczej i ta działalność nie podlega reżimowi ustawy o usługach płatniczych – tłumaczą przedstawiciele Ministerstwa Finansów.

Dopóki nie wydarzy się jakieś nieszczęście, nie ma co rozdzierać szat. Na razie z biznesu w internecie zadowoleni są zarówno kredytobiorcy (kupują taniej, a do tego nie muszą chodzić do banku, by zapłacić ratę), jak i właściciele kantorów, którzy koszą spore zyski na różnicy między kursem sprzedaży waluty a jej kupna. A ponieważ nie ponoszą żadnych dodatkowych kosztów na wynajmowanie lokalu czy opłacanie pracowników, działalność wirtualna bardziej im się opłaca niż tradycyjna.

Eksperci przyznają jednak, że ten biznes – choć wygląda atrakcyjnie – jest niepewny. Paweł Majtkowski porównuje kantory w sieci do punktów kasowych, które pośredniczyły w opłacaniu rachunków za prąd czy gaz. – Dopiero kiedy kilka z nich upadło, a klienci zostali z długami w gazowniach czy w wodociągach, zaczęto dyskutować o nadzorze nad tym rynkiem – mówi Majtkowski.

Teraz problem może być o wiele większy, bo klienci wirtualnych kantorów mają do spłacenia wyższe rachunki niż za prąd czy telefon.

Waluta w sieci tańsza, ale bardziej ryzykowna

Kupno walut w internecie staje się coraz bardziej popularne, ponieważ euro czy franki szwajcarskie na spłatę raty kredytu hipotecznego można dostać, nie wychodząc z domu, a do tego taniej niż w normalnym kantorze.

Rynek kantorów internetowych kwitnie od czasu, kiedy kredytobiorcy mogą samodzielnie wpłacać raty walutowych kredytów hipotecznych. W ten sposób można uniknąć spreadów walutowych śrubowanych przez banki. Do tego stawki oferowane w sieci są korzystniejsze niż w zwykłych kantorach.

Banknoty fot. shutterstock

Banknoty fot. shutterstock

źródło: ShutterStock

– Coraz więcej klientów banków korzysta z usług internetowych kantorów – przyznaje Paweł Majtkowski z Expandera.

Zakup waluty w sieci trwa kilka minut. Wystarczy wejść na stronę i zarejestrować się jako użytkownik. System wymaga podania dwóch numerów rachunków: jednego w złotych, drugiego w walucie. Jeśli już zdecydujemy się na transakcję, system będzie kazał dokonać przelewu z konta złotowego na konto kantoru, a po chwili otrzymamy równowartość w walucie. Kantor może też przekazać euro czy franki bezpośrednio na konto banku, w którym został zaciągnięty kredyt.

– Klient nie ma jednak żadnej gwarancji, że po chwili zobaczy swoje przewalutowane środki na drugim rachunku – mówi Majtkowski. Do kontroli nad tego typu działalnością nie przyznają się ani Komisja Nadzoru Finansowego, ani też sprawujący nadzór nad kantorami Narodowy Bank Polski.

Rynkowi na razie to jednak nie przeszkadza. Przedstawiciele branży przyznają, że ich dzienny przepływ gotówki to nawet kilka milionów złotych. Do tego koszty, jakie ponoszą, są znacznie mniejsze, niż gdyby taką gotówkę musieli trzymać w zwykłym kantorze.

– Chcąc sprzedawać waluty w kantorze, trzeba je najpierw kupić. Nie wiadomo, czy zostaną sprzedane po wyższej cenie – mówi właściciel jednego z warszawskich tradycyjnych kantorów. Dodaje, że znaczna część kosztów jego działania to opłaty za transport i przechowywanie gotówki.

Takich wydatków nie mają właściciele kantorów w sieci. Z kalkulatora na stronie KantorInternetowy.pl można się dowiedzieć, że kupując za jego pośrednictwem 1 tys. euro, można zaoszczędzić 104 zł w porównaniu z kwotą, jaką za taką samą transakcję trzeba byłoby zapłacić, kupując walutę w banku.

Jak skorzystać z wirtualnego kantoru

Dwa konta

Aby zostać klientem kantoru internetowego należy się zarejestrować na jego stronie internetowej. Trzeba utworzyć konto, podać adres e-mail, numer telefonu i czekać na potwierdzenie rejestracji. System będzie wymagał też podania numerów dwóch kont: złotowego i walutowego.

Numer rachunku

Na stronach kantorów można przeliczyć, ile trzeba będzie zapłacić za euro czy franki. Serwis wylicza też, ile taka transakcja przyniesie oszczędności, porównując to z tabelą banku, w którym mamy rachunek. Po wybraniu kwoty, jaką chcemy przewalutować, na adres podany przy rejestracji przyjdzie wiadomość z numerem konta kantoru, na jaki należy przeleć równowartość dewiz.

Spłata kredytu

Po dokonaniu przelewu kantory zwracają przewalutowane środki na konto walutowe. Czasami można zlecić przelanie wybranej sumy bezpośrednio na rachunek banku, w którym spłacamy kredyt.