Rynki finansowe przeżywają deja vu. Ostatni raz inwestorzy byli tak znerwicowani po bankructwie Lehman Brothers. Do sierpniowego krachu nie przyczyniły się jednak wyłącznie spowolnienie gospodarcze, ale także irracjonalne czynniki wymykające się chłodnym analizom, jak brak zaufania inwestorów do polityków, zbytnia wiara w giełdowe programy komputerowe, poleganie na najbardziej nieprawdopodobnych plotkach i uleganie instynktowi stadnemu.

Niestety, w najbliższym czasie czeka nas coraz więcej ataków paniki i turbulencji. Giełda staje się coraz mniej przewidywalna.

Krach jest zaskoczeniem. Podobnie jak wybuch wulkanu, gdy zawodzą najlepsze sejsmografy. Teraz inwestorzy w popłochu uciekają z giełd lub liczą na przeczekanie, modląc się o jak najkrótszy wymiar kary. Najgorsze jest załamanie, po którym rynki podnoszą się latami i długo nie można odzyskać strat.

W ciągu kilku tygodni ze światowych giełd wyparowało ponad 5 bln dol., a z warszawskiej – blisko 100 mld zł. Indeksy spadły od tegorocznych szczytów nawet o 20 proc. Szok był tym większy, że nikt nie spodziewał się krachu. Nie pojawił się żaden wstrząs, jak atak terrorystyczny w 2001 r. czy bankructwo wielkiego banku jak w 2008 r. Teoretycznie zagrożeniem był brak porozumienia Kongresu i administracji Baracka Obamy w sprawie ograniczenia deficytu i zadłużenia państwa. Wówczas USA groziłoby bankructwo. Jednak zgodnie z oczekiwaniami w ostatniej chwili strony przyjęły kompromisowy plan, który podnosi pułap długu. Kilka dni wcześniej ugaszono pożar w Grecji, gdzie przywódcy strefy euro z triumfem ogłosili przyjęcie nowego programu pomocowego.

A jednak załamanie nastąpiło. Prawdziwy dramat rozegrał się po obniżeniu 6 sierpnia przez agencję S&P ratingu USA. Świat obiegły charakterystyczne zdjęcia trzymających się za głowy maklerów wpatrujących się mętnym wzrokiem w ekrany monitorów z pikującymi wykresami. Mogli jedynie bezradnie śledzić, jak uruchamia się prawdziwa reakcja łańcuchowa w postaci lawiny stop-lossów, czyli automatycznych zleceń sprzedaży akcji na określonym poziomie w sytuacji ostrego spadku kursów. W czasie sesji 10 sierpnia WIG20, indeks największych spółek na warszawskim parkiecie, obniżył się o ponad 5 proc. Na innych giełdach nie było lepiej.

Spadkom towarzyszyły krótkie odreagowania, po których akcje jeszcze bardziej się obsuwały. Zdarzało się, że duże obniżki zmieniały się we wzrosty i odwrotnie w trakcie jednej sesji. Kursy wielu spółek poruszały się jak winda w drapaczu chmur. Niewyszukanego porównania użyła gazeta „New York Post”, na okładce zamieszczając wyzywające zdjęcie prostytutki i na jej tle wykres indeksu Dow Jones. Podpis brzmiał: „Szalone giełdy jak majtki prostytutki. W górę, w dół, w górę, w dół”. Na nic zdało się telewizyjne przemówienie prezydenta Obamy, który oświadczył, że „problemy są do rozwiązania i wie, co trzeba zrobić, by je rozwiązać”.

Mentalność stada

Skoro tak, to dlaczego inwestorzy zachowują się tak irracjonalnie, ulegają panice? – Po prostu doszli do wniosku, że to, co robią rządzący, nie działa. Przestali wierzyć politykom i gospodarce. Zaczęli więc realizować zyski po dwóch latach hossy – tłumaczy Piotr Kuczyński, główny analityk Xelion Doradcy Finansowi. W tym czasie kursy na światowych giełdach i GPW urosły średnio o 80 – 100 proc.

Zorientowali się, że kryzys udało się tylko zaleczyć, pompując pieniądze w gospodarki, obniżając stopy, przerzucono zadłużenie z sektora bankowego na państwa. Ale problemów nie rozwiązano. Teraz pieniądze trzeba wyciągać z kieszeni obywateli. A radykalnej poprawy w gospodarce nie widać.

Dlatego ostatnie spadki na giełdach to kara, jaką rynki wymierzyły politykom za niefrasobliwe podejście do problemu zadłużenia i niezdolność do podejmowania trudnych decyzji o cięciach wydatków. Szczyt strefy euro z 21 lipca obiecał dalszą pomoc Grecji, ale problemu jej gigantycznego zadłużenia definitywnie nie rozwiązał. Potem inwestorzy obserwowali żenujące targi w Kongresie odnośnie do amerykańskich finansów publicznych.

– Co pan sądzi o planie znacznych cięć budżetowych w USA? – Hahaha. Nie żartuj. Obydwoje wiemy, że oni nic nie zrobią – tak odpowiedział dziennikarzowi znany inwestor giełdowy Jim Rogers.

Wczoraj giełdy znów runęły, spadając nawet o 4 – 5 proc., kiedy inwestorzy uświadomili sobie, że spotkanie Angeli Merkel z Nicolasem Sarkozym okazało się bezowocne. Poza odgrzewanymi kotletami o opodatkowaniu transakcji finansowych i powołaniu gospodarczego rządu strefy euro, w co mało kto wierzy, niczego nie zaproponowano. Jeszcze gorzej było na warszawskim parkiecie, który notował rekordowe, prawie 9-proc. spadki.

„Bój się, gdy inni są chciwi. Bądź chciwy, gdy inni się boją” – to znana giełdowa maksyma Warrena Buffetta. Problem w tym, że w czasie krachu tych chciwych jest jak na lekarstwo, zaś bojących się – tłumy. Psychologowie ocenili już dawno, że nie postępują oni wówczas racjonalnie, co pogłębia spadki. Jak pisze Charles Kindleberger w książce „Szaleństwo, panika, krach”, inwestorzy podlegają zachowaniom stadnym. Działają irracjonalnie, choć wcześniej reagowali w rozsądny sposób na wszystkie publicznie dostępne informacje. Można to porównać z zachowaniem pasażerów na tonącym statku: szacowni, racjonalni do bólu dżentelmeni w chwili grozy zamieniają się w oszalały tłum tratujący kobiety i dzieci. Byle znaleźć się w szalupie. Problem w tym, że gdy wszyscy chcą się dostać do łodzi ratunkowej, brakuje miejsc. Podobnie trudno znaleźć kogoś, kto kupi akcje.

Ale jak tu nie panikować, skoro nawet uznane autorytety straszą w mediach katastrofą. Były szef Fed Alan Greenspan ocenił, że ryzyko recesji w amerykańskiej gospodarce wynosi pół na pół. Z kolei prezes Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet stwierdził, że to najgorszy kryzys od czasu drugiej wojny światowej, a będzie najgorszy od czasu pierwszej, jeśli rządy nie podejmą niezbędnych decyzji. A znany inwestor Warren Buffet ostrzegał, że sytuacja jest poważniejsza niż w 2008 r., bo zużyto już część amunicji na złagodzenie sytuacji. Zadłużonych państw nie stać już na programy stymulacyjne.

W panice umarzając jednostki uczestnictwa, inwestorzy pogłębiają spadki. Fundusze muszą bowiem zdobyć środki na wypłaty, a więc wysprzedają akcje posiadanych spółek, doprowadzając do załamania ich kursów. W sytuacji paniki nie mają wyjścia i muszą sprzedawać po każdej cenie.

Po każdym krachu fora internetowe to ściana płaczu: „Żona mnie zostawiła, bo straciłem 300 tys. zł na kontraktach terminowych. Uznała, że jestem nieuleczalnym hazardzistą. To była kasa od teściów. Dobrze, że nie mieliśmy dzieci”.