Produkt krajowy brutto jest wymarzonym obiektem ataku ze strony polityków. Z ekonomicznego punktu widzenia to bowiem nic innego jak suma dóbr i usług wytworzonych na terenie danego kraju (konsumpcja plus inwestycje plus wydatki rządowe plus bilans handlu zewnętrznego). Koncepcja PKB nie bierze pod uwagę choćby dystrybucji dochodu narodowego. Mierzy się czasem PKB per capita, ale to efekt czysto matematycznego podzielenia całego produktu krajowego przez liczbę mieszkańców. Autorytarny kraj, w którym wszystko należy do kilku oligarchicznych klanów, może wypaść w nim dokładnie tak samo jak prężne państwo opiekuńcze.

PKB nie uwzględnia też specyfiki kulturowej, bo nie bierze pod uwagę choćby ekonomicznego wymiaru prac domowych wykonywanych przez pozostające poza rynkiem pracy kobiety. Nie zawsze też PKB nadąża za nowoczesnością – nie uwzględnia np. korzyści, jakie niesie darmowe oprogramowanie komputerowe, które pozwala firmom na znaczące oszczędności. PKB ignoruje też tzw. efekty uboczne, czyli wpływ, jaki dana aktywność ma na otoczenie. Kiedy liczymy PKB, nie interesuje nas, że przy wytopie stali trafia do atmosfery duża ilość związków siarki niebezpiecznych dla ludzi i środowiska. Mierzymy tylko, ile stali wyprodukowano, a następnie sprzedano.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje tych wad konceptu dochodu narodowego. Mało tego, przestrzegał już przed nimi nawet jego pomysłodawca, amerykański ekonomista Simon Kuznetz w 1934 r. Noblista dowodził, że „dochód narodowy tylko w niewielkim stopniu bezpośrednio przekłada się na poziom zamożności, a co za tym idzie zadowolenia obywateli”. Dlatego powstało wiele innych sposobów mierzenia dobrobytu i poziomu zadowolenia mieszkańców. Na początku lat 90. program ds. rozwoju ONZ zaczął mierzyć tzw. wskaźnik rozwoju społecznego (ang. HDI), w którym prócz PKB liczą się też oczekiwana długość życia i poziom wykształcenia obywateli. Regularnie wygrywa tu Norwegia. Badanie można uzupełnić też o tzw. wskaźnik Giniego, który mierzy nierówności dochodowe w poszczególnych krajach (nanosząc je na skalę od 0 do 1). Dla przykładu Szwecja ma 0,23, a Namibia 0,7.

Wszystkie one jednak są obciążone tym samym grzechem pierworodnym co PKB: siłą rzeczy nigdy nie wezmą pod uwagę wszystkich czynników decydujących o faktycznym dobrobycie zwykłych ludzi. A może prościej byłoby zapytać samych zainteresowanych o to, jak im się żyje, i na tej podstawie porównywać, która gospodarka jest silna i zdrowa, a która nie. Coraz więcej naukowców idzie w ostatnich latach tym tropem. Dlaczego dopiero teraz? Wszystko za sprawą kalifornijskiego ekonomisty Richarda Easterlina, który w 1974 r. pokazał, że choć między 1945 r. a 1970 r. amerykański PKB rósł w stałym tempie kilku, kilkunastu procent rocznie, deklarowany w sondażach poziom zadowolenia Amerykanów spadał. Wniosek: ludzie po osiągnięciu pewnego poziomu zamożności przyzwyczają się do niego i nie są w stanie docenić absolutnego wzrostu poziomu życia, jeśli coraz lepiej wiedzie się wszystkim wokół.

Od kilku lat tzw. paradoks Easterlina jest jednak stopniowo rozmontowywany. Najważniejszy cios zadała mu właśnie para ekonomistów z University of Pennsylvania Justin Wolfers i Betsey Stevenson. Zarzucili oni Easterlinowi mieszanie pojęć i kompilowanie danych z różnych badań, gdzie w jednym (USA) pytano o generalne zadowolenie, a w innym (Japonia) o „zadowolenie z sytuacji w domu”. Gdy zaczęto zadawać jednorodne pytania i wyraźnie oddzielono chwilowy nastrój respondenta od ogólnego zadowolenia, okazało się, że nawet w krajach rozwiniętych szczęśliwość rośnie razem z PKB. W ten sposób ekonomia wróciła do punktu wyjścia i starego dobrego produktu krajowego, który wielu rzeczy nie uwzględnia, ale w gruncie rzeczy wciąż wiarygodnie oddaje długofalowe tendencje w gospodarkach narodowych. To znalezisko jest też memento dla polityków szukających ucieczki przed znajdowaniem sposobów na pobudzanie produktu krajowego w sofistyczną debatę o alternatywnym mierniku ekonomicznego zadowolenia obywateli. Na jej końcu i tak wyjdzie, że ludzie chcą mieć więcej niż mniej.