Częstotliwość ich używania niepokoi jednak purystów językowych. – Kultura języka polskiego w biznesie jest dramatycznie niska – alarmuje Rada Języka Polskiego. Jest tak źle, że jej członkowie problemowi polszczyzny w biznesie poświęcili niemal w całości „Sprawozdanie ze stanu ochrony języka polskiego”, które właśnie złożyli w Sejmie. Wybitni językoznawcy, m.in. Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Walery Pisarek i Andrzej Markowski, wytykają, że w biznesie używa się stylu urzędowego: nie odmienia się nazwisk i nazw własnych, używa strony biernej i zapożyczeń typu „implementacja” zamiast „wdrożenie”, „prezydent” zamiast „prezes”, „kondycja” zamiast „stan”. Korespondencja wewnętrzna naszpikowana jest zwrotami angielskimi i pseudoangielskimi – np. „legal news”, „Draw”, czy „zresetować”.

Niezrozumiałe i rażące jest nazewnictwo zawodów: junior account executive, key account menager, junior field test engineer. Dostaje się też kadrze kierowniczej za propagowanie takiego języka i niską świadomość. Do ulubionych sformułowań należą też określenia niemożliwe do weryfikacji, których celem jest manipulacja odbiorcą: „najbardziej zaawansowana technologicznie”, „najbardziej licząca się w branży”.

Rada ubolewa, że biznes nie rozumie wagi problemu. Zwróciła się do 500 firm z prośbą o próbki tekstów: uchwał zarządów, bieżącej korespondencji czy ofert handlowych. Ale odpowiedziała tylko Toyota, wysyłając zaledwie trzy teksty. Pięć firm odpowiedziało odmownie, reszta wcale. – Język polski nie jest istotną wartością w biznesie. Zamiast tego jest narzędziem, dzięki któremu kształtuje się wizerunek firmy – konkludują puryści.

Postulują, aby zastanowić się, czy nie należy wprowadzić rozwiązań prawnych uniemożliwiających pojawianie się ulotek czy pism kaleczących język. Politycy przyznają, że są bezsilni. – Nie możemy ustawowo zadekretować, jak ludzie mają mówić – stwierdza wiceprzewodniczący sejmowej komisji kultury Jerzy Fedorowicz z PO.