EBC skupuje z rynku obligacje państw, które mogłoby mieć problem z ich obsługą ze względu na drastyczny wzrost rentowności. To jeden z elementów programu pomocowego, jaki Unia do spółki z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i EBC przyjęła na początku maja. Kierownictwo banku deklaruje, że nie będzie konieczności dodatkowej emisji pieniądza, bo skup będzie finansowany sprzedażą innych aktywów EBC.

Ale rynek spekuluje co do skali tego przedsięwzięcia. Jeśli zrealizują się najczarniejsze scenariusze, to EBC będzie musiał wydać nawet 500 mld euro. A wtedy konieczne może być dodrukowanie pieniędzy.

– Na razie kupiono obligacje za blisko 17 mld euro. Prawdopodobnie obyło się bez drukowania pieniądza – mówi Maciej Reluga, główny ekonomista BZ BWK.

Polscy ekonomiści nie widzą zagrożenia w tzw. ilościowym poluzowaniem polityki pieniężnej ze strony EBC. Przypominają, że duże operacje tego typu prowadziły w ubiegłym roku amerykański Fed i Bank Anglii. Presja inflacyjna w obu tych krajach jest na razie niewielka. Ale to nie znaczy, że nie ma problemu ze zwiększającą się inflacją w Eurolandzie, zwłaszcza że ceny mogą rosnąć ze względu na coraz słabsze euro.

– I od tego strefa euro raczej nie ucieknie. Euro słabnie, bo została zachwiana wiarygodność całego Eurolandu. A słabe euro to droższe towary z importu i droższe surowce – mówi Dariusz Winek, główny ekonomista BGŻ.

I w tym przypadku piłka jest po stronie EBC. Jean-Claude Trichet, prezes banku, deklaruje, że nadal celem nadrzędnym jest utrzymanie inflacji w pobliżu celu. Ale eksperci zaczynają wątpić, czy w obliczu narastającego kryzysu fiskalnego EBC z dużą determinacją będzie walczył ze wzrostem cen. Jeśli inflacja będzie wysoka, a stopy procentowe niskie, państwa strefy euro będą mogły łatwiej sobie poradzić z obsługą długu – choćby dzięki rosnącym wpływom budżetowym z podatków pośrednich.

– Miejmy nadzieję, że ten scenariusz to tylko hipoteza. Inflacją bardzo trudno się steruje – mówi Dariusz Winek. Maciej Reluga uważa, że gdyby w Eurolandzie wygrał wariant walki z długiem za pomocą wysokiej inflacji, to ceny zaczęłyby rosnąć na całym świecie.

– Polska też brałaby w tym udział. Na szczęście to tylko jedna z opcji. Kraje spoza strefy euro nie muszą jej jeszcze brać pod uwagę w polityce pieniężnej – mówi Maciej Reluga.

Duża inflacja przy niskich stopach procentowych w strefie euro nie byłaby dobra dla Polski. RPP miałaby poważny dylemat: czy zaniechać podwyżek stóp w obliczu narastającej presji inflacyjnej, utrzymując stały tzw. dysparytet stóp ze strefą euro, czy zaostrzać politykę i zaryzykować napływ kapitału spekulacyjnego. Analitycy uważają, że choć to nie jest problem najbliższych tygodni, RPP powinna przemyśleć swoje działanie w takim scenariuszu.