W ciągu pięciu lat w Polsce przybędzie 400 nowych hoteli. Do 2015 roku ich liczba wzrośnie do 2,2 tys., a liczba pokoi zwiększy się z 90 tys. do 130 tys. Tymczasem ruch turystyczny nie będzie wykazywał tak wysokiej dynamiki. Prognozy Instytutu Turystyki mówią, że w 2015 roku nasz kraj odwiedzi około 16 mln turystów, czyli niewiele więcej niż w 2006 roku.

– Od 2007 roku można zaobserwować stały trend spadkowy w wykorzystaniu pokoi hotelowych. W ubiegłym roku było ono niższe o 8,7 proc. niż rok wcześniej – zauważa Andrzej Szafrański, analityk Instytutu Hotelarstwa.

Czy to oznacza, że największy kryzys dopiero czeka tę branżę? Na razie wszystko wskazuje na to, że hotele będą świecić pustkami.

Nadzieja w biznesie

To zła wiadomość dla inwestorów, którzy stawiają nowe hotele. Dla nich oznacza to mniejszą rentowność, a tym samym dłuższy okres zwrotu z inwestycji, który już obecnie wynosi od siedmiu do dziesięciu lat.

– Przy zagęszczającym się rynku oraz wymuszanym spadku cen za pokoje oraz usługi gastronomiczne i konferencyjne średni czasu zwrotu inwestycji wydłuża się i zmierza do przedziału 15–20 lat – mówi Andrzej Szafrański.

Hotelarze są jednak dobrej myśli i liczą, że popyt wewnętrzny wyrówna spadki odnotowane po stronie turystyki przyjazdowej.

– Polacy stale się bogacą, należy w związku z tym oczekiwać, że będą coraz więcej wydawać na wakacje. Poza tym jeśli dojdzie do osłabienia złotego, to rodacy chętniej będą podróżować po kraju, niż wyjeżdżać za granicę – wyjaśnia Marcin Podobas, wiceprezes zarządu Europejskiego Funduszu Hipotecznego (EFH), który jest właścicielem m.in. hoteli Masuria czy Król Kazimierz.

Branża pokłada również nadzieje w ożywieniu na rynku biznesowym. Już w tej chwili w niektórych hotelach ponad 50 proc. przychodów to zasługa uczestników szkoleń i ludzi na delegacjach.

– Indywidualny ruch turystyczny stanowi w naszym przypadku od 30 do 70 proc. obrotów, w zależności od hotelu. Uważamy, że w kolejnych latach popyt wewnętrzny będzie rósł – dodaje Marcin Podobas.