Papież jest nieomylny. Z papieżem się nie dyskutuje – wszak „Roma locuta, causa finita” („Rzym przemówił, sprawa skończona”). Ale nie tylko w Kościele możemy znaleźć osoby, które cieszą się niekwestionowanym autorytetem. Występują również w nauce, i to w wielu jej dyscyplinach.

Warto je znać, bo mówią nam sporo o bieżącej dyskusji w danej dziedzinie, jej dominującym nurcie i kierunku, w którym ona podąża. Co prowadzi nas do pytania: kto obecnie jest papieżem ekonomii? Czy jest taki ktoś? I w którą stronę zmierza ona obecnie – zwłaszcza po doświadczeniach globalnego kryzysu finansowego sprzed dekady?

Na zawsze Keynes

Jeśli o ekonomiczne papiestwo popytać adeptów tej dziedziny, usłyszymy jedną odpowiedź: John Maynard Keynes. Różnice zdań pojawiają się w momencie, kiedy pada pytanie: czy ktoś jeszcze? Zdaniem dr. hab. Piotra Maszczyka ze Szkoły Głównej Handlowej takiej pozycji w ekonomii jak Keynes nie zdobyli już badacze działający później, chociażby Milton Friedman (nawet jeśli mieli wielu zwolenników i dali początek całej szkole). – Keynesizm to był ostatni, wszechobecny i praktycznie niekwestionowany paradygmat w ekonomii – uważa.

Na papieski autorytet Keynes zasłużył „Ogólną teorią zatrudnienia, procentu i pieniądza”, która w historii myśli ekonomicznej okazała się przełomem. Praca była odpowiedzią na Wielki Kryzys lat 30. XX w. Jej główny motyw to negacja praw ekonomii klasycznej, z prawem Saya na czele, które mówiło, że to podaż kreuje popyt (Keynes twierdził, że jest odwrotnie) i ilościową teorią pieniądza zakładającą, że poziom cen zależy od ilości środków płatniczych w obiegu. Powstała nowa ekonomia dopuszczająca wtrącanie się państwa w procesy gospodarcze. Ale i keynesizm został zweryfikowany przez rzeczywistość. Mowa o stagflacji lat 60. i 70. To zjawisko utrzymującej się wysokiej inflacji w czasie recesji. Coś, czego zwolennicy nowego papieża nie byli w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Szczególnie wyraźnie widać to było w czasie szoków naftowych lat 70., wywołanych embargiem krajów OPEC nałożonym na USA i związanym z tym gwałtownym skokiem cen nośników energii. Tak wróciła do łask ekonomia neoklasyczna, a rozbłysła gwiazda Miltona Friedmana. Odświeżył on ilościową teorię pieniądza (kwestionowaną przez Keynesa), dowodząc, że jego podaż zwiększana w tempie wzrostu PKB zapewni stabilizację gospodarce. Rola państwa miała zostać ograniczona, wolny rynek i wolny handel miały dawać impuls do rozwoju.

Przez wiele lat ekonomiści byli niezwykle zadowoleni z dorobku swojej dziedziny. Do tego stopnia, że w 2003 r. Robert Lucas oznajmił słuchaczom podczas wykładu dla Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego, że „podstawowy problem – zapobieganie kryzysom gospodarczym – został rozwiązany, i to na wiele dekad”. W 2004 r. Ben Bernanke, późniejszy szef Fedu, przypisał półtora dekady rozwoju gospodarczego po 1990 r. zdobyczom ekonomii, które umożliwiły prowadzenie dobrej polityki gospodarczej. A w 2008 r. Oliver Blanchard, były główny ekonomista MFW (wtedy jeszcze przed objęciem funkcji), napisał artykuł pod tytułem „Stan makroekonomii”. Można go streścić następująco: jest dobrze, a nawet bardzo dobrze.

I wtedy wybuchł globalny kryzys finansowy, i nadarzyła się okazja do zaprzeczenia starym dogmatom ekonomicznym i wykucia nowych. Tylko w którą stronę poszła ekonomia – i co się z tego wykluło?

Walka klas: rozum kontra emocje

Profesor Andrzej K. Koźmiński, prezydent Akademii Leona Koźmińskiego i szef jej Rady Powierniczej, wątpi, czy w ogóle jest jakaś szansa na wyłonienie nowego ekonomicznego papieża. Bo świat się bardzo zmienił, a upadek banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. wywołał lawinę, która stała się katalizatorem tych zmian. – Myśmy się nie doczekali nowego papieża ekonomii. I być może się nie doczekamy. Dlatego że dziś na świecie są dwa równorzędne sposoby patrzenia na funkcjonowanie gospodarki – mówi prof. Koźmiński. Pierwszy to ten Roberta Lucasa, Roberta Barro czy Edwarda Prescotta i Finna Kydlanda: mamy realny cykl koniunkturalny i wiadomo, co o nim decyduje – zmiany technologiczne czy podaż siły roboczej. To próba racjonalnego podejścia do ekonomii. Ale jest drugi nurt z takimi przedstawicielami, jak George Akerlof czy Robert Shiller. Oni proponują spojrzenie, które odrzuca założenie o racjonalności ludzkich zachowań. – Oba te podejścia są uprawnione i mają zastosowanie tyko w różnych sytuacjach i w różnych miejscach – mówi Koźmiński.

Sam, wespół z prof. Grzegorzem Kołodką, proponuje jeszcze inne spojrzenie na sprawę. Opisem tej próby jest książka „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm”. – Nowy pragmatyzm to racjonalne gospodarowanie w oparciu o zdrową mieszankę sprawdzonych koncepcji ekonomicznych. Tam jest trochę keynesizmu, ale też klasyczne dążenie do równowagi. To przede wszystkim chęć osiągnięcia maksymalnych korzyści z globalizacji – tłumaczy. – Nowy nacjonalizm to są czyste emocje, szaleństwo. I ono nie musi mieć naukowej podbudowy – dodaje.

Nowy pragmatyzm wywodzi się z doktryn, w tym ekonomii klasycznej. Nowy nacjonalizm z kolei to zaskoczenie po doświadczeniach dwóch wojen światowych, w których Europa została zmasakrowana, i po powstaniu Unii Europejskiej, której fundamentalnym celem było zapobieżenie kolejnemu potencjalnemu konfliktowi. Tymczasem, mówi Koźmiński, mamy erupcję nacjonalistycznych emocji – od brexitu przez dobry wyborczy wynik Marine Le Pen we Francji oraz wybory w Austrii po Węgry Viktora Orbána.

– I dziś te zjawiska – nowy pragmatyzm i nowy nacjonalizm – ścierają się ze sobą. Profesor Kołodko uważa, że wygra to pierwsze, że rozsądek zwycięży. Ja chciałbym mieć jego wiarę, ale niestety uważam, że możliwe jest cofnięcie globalizacji z utratą wszystkich korzyści, jakie się z nią wiązały. Pojawi się nowy pejzaż, gdzie żadne doktryny ekonomiczne nie będą potrzebne – ocenia.

Panekonomia stosowana

Profesor Ryszard Bartkowiak ze Szkoły Głównej Handlowej uważa, że ekonomia głównego nurtu trzyma się mocno i ostatni kryzys wcale jej nie zakwestionował. – Był po prostu za słaby. Ostatnim takim przełomowym zdarzeniem był Wielki Kryzys, po którym powstała nowa ekonomia Keynesa. Dziś nie mamy żadnej propozycji na tamtą miarę – mówi. Owszem, dociekań i badań jest wiele, ale przełomu brak. Odgrzewane są za to poglądy głoszone dekady temu, bo zaczęły pasować do dzisiejszych realiów.

– Niektórzy uważają, że teoria Josepha Schumpetera jest dobra na nasze czasy, bo kładzie nacisk na innowacyjność przedsiębiorcy i kwestionuje konieczność dążenia do równowagi. Bo system gospodarczy powinien być w ciągłym ruchu. Ale to nie jest nowa idea. Ciągle czekamy na syntezę ekonomiczną. Czyli myśl, twierdzenie, które nada główny kierunek ekonomii jako nauce – mówi prof. Bartkowiak.

Ale czy stanie się coś złego, jeśli się nie doczekamy? Według naukowca tragedii nie będzie. Ekonomii głównego nurtu nie ma sensu obalać, bo jest ona dobrze opisana, zdefiniowana, ma jasną i klarowną strukturę. I od niej zaczyna się uczyć teorii ekonomii na uczelniach. Naczelne jej hasło to dążenie do równowagi, która ma zapewniać bezpieczny wzrost gospodarczy. Człowieka zdefiniowano tu jako egoistę postępującego racjonalnie. Jeżeli wszyscy dążą do własnego dobrobytu, a jednocześnie za każdym razem podejmują w oparciu o swoje zdolności intelektualne świadome, racjonalne decyzje, to taki model będzie najlepszy. Tworząc nową teorię, trzeba zacząć od zdefiniowania koncepcji człowieka i celu jego działalności. I takie próby są podejmowane.

– Mamy teorie ekonomii instytucjonalnej, które nie są jakąś spójną doktryną, tylko odnoszą się do pojedynczych konkretnych zagadnień. Jest ekonomia behawioralna, która stwierdza, że człowiek jest istotą złożoną i podejmuje decyzje w oparciu o różne kryteria. Ja lubię ekonomię szczęścia, gdzie przedefiniowany jest w ogóle cel działalności gospodarczej. Nie jest nim bogacenie się, tylko zadowolenie z życia – wymienia profesor. Każda z tych teorii ma swoich pasjonatów. Swego czasu bardzo dużą estymą cieszyła się np. teoria gier (wynik uzyskany przez jednostkę zależy od decyzji innych jednostek). Ale kilka Nagród Nobla przyznano przedstawicielom nurtu opozycyjnego wobec niej, czyli ekonomii behawioralnej. – Ktoś powiedział, że teorii powstało już tak dużo, że wystarczy tylko wybrać właściwą. One są, żadna nie została zanegowana. A zapewne powstaną kolejne – mówi Ryszard Bartkowiak.

Która jest prawdziwa? Nie sposób rozstrzygnąć. Trudno przeprowadzić eksperyment w naukach ekonomicznych, w szczególności w makroekonomii. A to uniemożliwia weryfikację. – Można by to sprawdzić, stosując w całości jakąś teorię w systemie gospodarczym, ale nikt nie jest na tyle szalony, by coś takiego zrobić – uważa profesor z SGH.

Non habemus papam

Do wakatu na papieskim tronie przyczynił się także rozwój samej ekonomii: rozrosła się, rozgałęziła i wyspecjalizowała. Zaszedł więc tutaj proces podobny jak w przypadku nauk ścisłych: ilość i różnorodność wiedzy w każdej ze składowych jest tak olbrzymia, że nikt nie jest w stanie ogarnąć całości.

Zwolennikiem takiego rozumienia „papieża ekonomii” jest dr hab. Piotr Maszczyk. Jego zdaniem jest to niekwestionowany autorytet zdobyty dzięki szerokiej i niepoddającej się krytyce wiedzy: nie można być papieżem bez znajomości istotnej części dorobku nauk ekonomicznych. – Tymczasem w tej dyscyplinie trudno jest kogoś takiego znaleźć. Dominuje specjalizacja, jeśli teoria wzrostu, to już nie ekonomia transformacji, jeśli ekonomia integracji, to już nie nierówności. Dlatego papieża nie ma i nie będzie. Mogą być osobowości, które swoim piśmiennictwem wpłyną na kierunek ekonomicznej debaty, ale szans na nową ortodoksję raczej nie widzę – mówi ekonomista. I jako jedynego kandydata na takiego ekonomicznego „naukowego celebrytę”, chociaż już nie papieża, widzi francuskiego ekonomistę Thomasa Piketty,ego.

Siła Piketty’ego polega na tym, że przesunął ciężar debaty w ekonomii z poszukiwania mechanizmów gwarantujących wzrost gospodarczy na pytanie, jakie właściwie ten wzrost ma efekty społeczne, to znaczy, w jakim stopniu różne grupy dochodowe korzystają z jego owoców. Diagnoza francuskiego ekonomisty jest bowiem taka, że zwrot z kapitału zawsze jest większy od zwrotu z pracy – i to jest podstawowy powód pogłębiania się nierówności w krajach rozwiniętych. W praktyce wygląda to tak, że bogaci stają się jeszcze bogatsi oraz uciekają pod względem dochodów całej reszcie, która nie jest w stanie ich dogonić.

– Oczywiście do popularności „Kapitału w XXI wieku” przyczynił się także czas publikacji: kilka lat po globalnym kryzysie, kiedy odpowiedź na pytanie o to, czy wzrost gospodarczy powróci na stałe, nie była jeszcze taka pewna. Wtedy Piketty wsadził kij w mrowisko, pytając, jakiego właściwie wzrostu chcemy.

– Oczywiście jakaś część ekonomistów powie, że to szarlatan i oszust, który dobiera dane statystyczne pod tezę i naciąga część wnioskową, ale wpływu „Kapitału w XXI wieku” na dyskusję ekonomiczną nikt nie będzie podważał – mówi dr hab. Maszczyk.

Mimo to Piketty’emu daleko do papiestwa. Ekonomia, podobnie jak inne dziedziny życia społecznego, przechodzi ostry kryzys autorytetów. – Po ostatnim kryzysie nastąpiła powszechna delegitymizacja elit i wiedzy eksperckiej. W tej chwili bredni w debacie publicznej jest mnóstwo. I co gorsza niektóre się ludziom podobają – mówi prof. Andrzej K. Koźmiński. Przyczyna? Klasa średnia w krajach rozwiniętych straciła na globalizacji. Zyskali najbogatsi i nieco najbiedniejsi. Jeśli zestawimy wzrost amerykańskiej gospodarki w ciągu ostatnich 20 lat z poprawą poziomu życia amerykańskiej klasy średniej, to się okaże, że tej poprawy nie było. W Wielkiej Brytanii klasa średnia nawet straciła.

– I dziś ci, którzy stracili, mówią tak: eksperci, ekonomiści są nam niepotrzebni, bo nas nie uchronili – ba, nawet nie ostrzegli – przed tym, co nam grozi. A głoszone przez nich poglądy są fałszywe. Gdy do tego dojdzie jeszcze nowy nacjonalizm, to mamy pełny obraz – opisuje profesor.

magazyn-na-serwisy 27 kwietnia

magazyn-na-serwisy 27 kwietnia

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jaka jest więc przyszłość? Według prof. Koźmińskiego ekonomia się podzieli, a rozróżnienie na ekonomię racjonalną i emocjonalną to tylko jedno z możliwych. Można sobie wyobrazić rozłam idący znacznie dalej, mogą powstawać doktryny ekonomiczne na użytek konkretnej polityki. Zaczynają się pojawiać hybrydy. Na przykład prezydent Francji Emmanuel Macron to modelowy przykład nowego pragmatyka, ale jednocześnie w sprawie pracowników delegowanych jest nacjonalistą. Inny przykład to hybryda chińskiego nacjonalizmu i bardzo pragmatycznego podejścia do globalizacji, z której Państwo Środka ma ogromne korzyści. Nasz rozmówca nie ma wątpliwości: ekonomia, żeby odzyskać swoją pozycję, musi stracić swoją tożsamość. Powinna wchłonąć analizy socjologiczne, psychologiczne czy politologiczne. Przy czym trudno będzie o jedną dominującą doktrynę. Ekonomia będzie się składała z puzzli wielu teorii, które będą działać w konkretnym czasie i miejscu.

– Obawiam się, że czasy, w których państwa budowały politykę gospodarczą, opierając się na doktrynach ekonomicznych, nie wrócą. Czysto ekonomiczne rozważania się nie sprawdzają – mówi. I dodaje, że buchające nacjonalistyczne emocje powodują dodatkowo, że nie ma miejsca na jakieś wyliczanki. To się będzie teraz odbywać na innej zasadzie. Ekonomia musi się stać nauką interdyscyplinarną. A wtedy dla papieża, do którego wszyscy będą się odwoływać, nie będzie już miejsca.