Pytanie stawia w „The New York Times” ekonomista Justin Wolfers. Ten znany badacz związków gender i realnej gospodarki powołuje się na liczby. Pokazuje, że w latach 1960–2000 w Stanach Zjednoczonych trwał żeński boom edukacyjny. W tym okresie odsetek kobiet wśród absolwentów studiów magisterskich wzrósł z ponad 40 do ponad 50 proc. Dynamika dotyczyła również studiów ekonomicznych, gdzie wzrost był jeszcze bardziej widoczny (z prawie 20 do ponad 40 proc). Ale potem coś się załamało. W efekcie w czasie kolejnych dwóch dekad (2000–2016) proporcje genderowe na studiach ekonomicznych odkleiły się od reszty uniwersyteckich kierunków. W tym czasie procent kobiet kończących amerykańskie uczelnie wyższe stale rósł. Ale w ekonomii stanął w miejscu. Tu w 2016 r. kobiety stanowiły 35 proc. magistrów. Tyle samo, ile w roku 1985. Również odsetek doktorantek w dziedzinie ekonomii (30 proc.) nie zmienił się od roku 2000.

Efekty – powiada Wolfers – poczujemy już wkrótce. Bo gdy chodzi o kobiety w najbardziej konkurencyjnych zawodach, „tyle samo” bardzo łatwo przeradza się w „mniej”. Wolfers nazywa to syndromem przeciekającego wodociągu. Jeżeli chcemy, by na jego końcu (najlepsze posady w ekonomii uniwersyteckiej oraz w biznesie) liczba kobiet wzrosła, to musimy zadbać o to, co dzieje się na samym jego początku. Rzeczywistość systemu edukacji oraz rynku pracy jest bowiem taka, że po drodze wiele kobiet po prostu z nich wypada. Dlaczego? Powodów jest wiele. Już na uniwersytecie prace kobiet są zazwyczaj bardziej surowo oceniane niż prace mężczyzn. Podczas studenckich ewaluacji wykładowczynie wypadają gorzej od wykładowców. Powszechna jest też praktyka, że gdy kobieta i mężczyzna wspólnie piszą akademicką pracę, to autor, nie autorka, wymieniany jest zazwyczaj jako pierwszy. Czasem zgarnia przez to więcej punktów za publikację. To wszystko prowadzi z kolei u wielu kobiet do wycofywania się ze zbyt konkurencyjnego wyścigu. Do tego dochodzi proza życia związana z wypadaniem z obiegu w czasie urlopu macierzyńskiego. W efekcie na końcu tego wodociągu z metafory Wolfersa faktycznie objawia się nam zdecydowanie mniej kobiet niż mężczyzn. Jedna noblistka Elinor Ostrom przypada na 78 noblistów płci męskiej. Jedna Janet Yellen w towarzystwie 15 mężczyzn szefujących Rezerwie Federalnej. Zero przypadków objęcia przez kobietę stanowiska sekretarza skarbu. To dane dotyczące Ameryki. Ale w innych krajach rozwiniętych jest podobnie. Tu jeszcze paniom jakoś idzie w robieniu karier politycznych. Świat ekonomicznej technokracji to jednak ciągle domena panów. A jeśli przewidywania Wolfersa się potwierdzą, to tendencja wcale się nie odwróci. Przeciwnie. Może być jeszcze gorzej.

magazyn-na-serwisy

magazyn-na-serwisy

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jakie to ma znaczenie? Wolfers twierdzi, że spore. W 2014 r. wśród amerykańskich ekonomistów przeprowadzono wielki sondaż dotyczący ich poglądów na gospodarkę. Genderowa analiza wyników nie pozostawia większych wątpliwości. Aż 63 proc. kobiet uznało nierówności za kluczowy problem ekonomiczny. Podczas gdy wśród mężczyzn tego zdania była mniejszość (ledwie 45 proc.). To u kobiet dominowało też pozytywne nastawienie do instytucji państwa opiekuńczego (od 13 do 18 pkt proc. różnicy). Zaś w przypadku zagadnienia, czy pracodawca powinien brać na siebie koszt ubezpieczenia zdrowotnego swojego pracownika, różnica poparcia wynosiła aż 20 pkt. Tak oto przyszłość kobiet w ekonomii splata się z przyszłością kapitalizmu.

W sondażu przeprowadzonym wśród amerykańskich ekonomistów aż 63 proc. kobiet uznało nierówności za kluczowy problem ekonomiczny. Podczas gdy wśród mężczyzn tego zdania była mniejszość – zaledwie 45 proc.