W porównaniu z połową 2016 r. nasze zasoby finansowe – dane uwzględniają gotówkę, depozyty i inne aktywa finansowe, natomiast nie biorą pod uwagę aktywów trwałych, jak nieruchomości czy samochody – urosły o ponad 150 mld zł. Ostatnio nasze zasoby rosły głównie ze względu na dobrą koniunkturę na giełdzie, a nie dlatego że sami odkładaliśmy pieniądze. W II kwartale (ostatnim, jakiego dotyczą dane) inwestycje częściej jednak kończyliśmy, niż zaczynaliśmy. Przybywało nam gotówki.

Rekordowa skłonność do zakupów

Saldo oszczędności w bankach również było dodatnie – przybyło nam 11,4 mld zł depozytów bieżących, co z naddatkiem zrównoważyło 10,6 mld zł odpływu z lokat terminowych.

Mimo wzrostów wycofywaliśmy się z akcji: tych, które są notowane na giełdzie, sprzedaliśmy netto (taka była różnica między sprzedażą i zakupami) za niemal 800 mln zł, za to nienotowanych za ponad 5,7 mld zł. Ponad 3 mld zł wyniosła także sprzedaż netto w kategorii „inne udziały kapitałowe”. Chodzi o udziały w spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością, spółkach osobowych, spółdzielniach czy towarzystwach ubezpieczeń wzajemnych. Tu sprzedaż jest raczej regułą niż wyjątkiem: kwota początkowej inwestycji jest często niewielka, a gdy firmy rozwiną się i zyskają na wartości, przedsiębiorcy nierzadko sprzedają je nowym właścicielom.

W ciągu ostatnich czterech kwartałów, których dotyczą dane, na akcje i fundusze inwestycyjne wydaliśmy (kwota netto) ponad 13,5 mld zł, tymczasem ich wartość na naszych kontach urosła o 38,8 mld zł. Różnica to kwota, którą zarobiliśmy dzięki wzrostom notowań. W przypadku akcji i udziałów nienotowanych na giełdzie sprzedaż wyniosła w tym czasie niemal 10 mld zł, a równocześnie ich wartość zwiększyła się o prawie 30 mld zł.

– Wdrożenie programu „Rodzina 500 plus” z początku sprzyjało oszczędzaniu. Później jednak gospodarstwom domowym włączył się tryb „intensywne wydatki”. To zrozumiałe. Pierwszą reakcją na poprawę otoczenia i własnych finansów jest ostrożne podnoszenie konsumpcji, ale gdy przekonanie, że jest lepiej, już się ugruntuje, to przypominamy sobie o potrzebach, które wcześniej były odkładane. Potwierdzają to też badania ufności konsumenckiej Głównego Urzędu Statystycznego: skłonność do większych wydatków jest na rekordowym poziomie. Odkładanie pieniędzy jest na dalszym planie – komentuje Grzegorz Ogonek, ekonomista Banku Zachodniego WBK.

Szóste miejsce w Unii, ale od końca

Kolejna sprawa: jeśli od tego, co mamy, odejmiemy to, co jesteśmy winni (głównie bankom), okaże się, że jeszcze więcej dzieli nas od najbogatszych. Nawet biorąc pod uwagę nie bezwzględną wartość zasobów, ale relację zgromadzonych aktywów do produktu krajowego brutto, czyli do wielkości gospodarki.

W pozycji „ma” już od kilku kwartałów możemy się pochwalić kwotą lekko przekraczającą 100 proc. PKB. Pięć lat temu było to 80 proc., a w końcu 2003 r. (wtedy rozpoczynają się statystyki) – niecałe 70 proc. Jak wynika z danych Eurostatu, nasz obecny poziom posiadania daje nam szóste od końca miejsce w Unii Europejskiej. Wprawdzie pniemy się w górę szybciej niż większość unijnych gospodarek, ale w tyle zostawiają nas pod tym względem kraje nordyckie, jak Finlandia i Szwecja (w pierwszym 10 lat temu aktywa gospodarstw domowych wynosiły nieco ponad 110 proc. PKB, teraz jest to 136 proc.; drugi przed dekadą był na poziomie prawie 220 proc., teraz niewiele brakuje mu do 300 proc.), ale i Węgry (10 lat temu: 96 proc., teraz prawie 127 proc. PKB). – W ostatnich latach na Węgrzech znacząca część potrzeb pożyczkowych państwa jest zaspokajana przez sprzedaż detalicznych obligacji skarbowych. To sprzyja wzrostowi aktywów gospodarstw domowych – mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Banku Handlowego.

W ogonie oszczędzających

W ogonie oszczędzających

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jeszcze gorzej wypadamy w pozycji „winien”. Zadłużenie gospodarstw domowych wydaje się stosunkowo niewielkie – niewiele przekracza 37 proc. PKB, ale w siedmiu innych państwach Unii jest ono mniejsze. A 10 lat temu wartość naszych zobowiązań tylko nieznacznie przekraczała 20 proc. PKB. Tak szybkiego przyrostu nie odnotował żaden kraj UE (nie dla wszystkich dostępne są porównywalne dane). Trzeba jednak zaznaczyć, że największy skok zadłużenia miał miejsce jeszcze w poprzedniej dekadzie i wiązał się z boomem w kredytach hipotecznych. Swoją rolę odegrały jednak także pożyczki konsumenckie, gdzie znów: biorąc pod uwagę relację do PKB, jesteśmy wśród unijnych liderów.

W efekcie biorąc pod uwagę „aktywa netto”, lokujemy się na piątym od końca miejscu w UE.

Kiedy zaczniemy oszczędzać więcej? – Musi się wyczerpać obowiązujący dziś apetyt na wzmożone wydawanie – uważa Grzegorz Ogonek z BZ WBK. Zwraca też uwagę, że na wzrost oszczędności powinny mieć wpływ planowane zmiany w systemie emerytalnym i uruchomienie pracowniczych planów kapitałowych. – Wtedy oszczędzanie z automatu zrobi się bardziej intensywne – przewiduje ekonomista.

Obniżka rezerwy pozwala na mikropodwyżki oprocentowania

Na ubiegłotygodniowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła z 3,5 proc. do zera tzw. rezerwę obowiązkową od depozytów zakładanych na co najmniej dwa lata. Rezerwa to część każdego depozytu, którą bank komercyjny ma obowiązek trzymać na rachunku w Narodowym Banku Polskim. Decyzja wejdzie w życie wiosną przyszłego roku. Adam Glapiński, prezes NBP, nie ukrywał, że jednym z celów jest stworzenie warunków do uatrakcyjnienia oferty długoterminowych depozytów. Na co mogą liczyć klienci?

Jak wynika z danych NBP, we wrześniu przeciętne oprocentowanie depozytów zakładanych na dłużej niż rok wynosiło nieco ponad 1,4 proc., a średnie oprocentowanie nowych kredytów to niecałe 5,2 proc. Potraktujmy to jako warunki wyjściowe dla oszacowania, o ile mogłoby wzrosnąć oprocentowanie.

Dziś za każdy wpłacony do banku milion jego klienci dostaną w skali roku 14,3 tys. zł odsetek. Zarobek banku na kredycie wyniesie zaś niecałe 50,4 tys. zł. I jest mniejszy, niż wynikałoby ze stawki oprocentowania właśnie ze względu na rezerwę obowiązkową. Ta część pieniędzy ulokowana w NBP pracuje mniej wydajnie – jej oprocentowanie wynosi obecnie 1,35 proc. W sumie ten milion daje więc bankowi nieco ponad 36 tys. zł zarobku w skali roku.

Gdy rezerwa zostanie obniżona, dochód banku wzrośnie do prawie 52 tys., bo cała kwota będzie wyżej oprocentowanym kredytem. Nie zmieniając kwoty zysku, bank mógłby podnieść więc oprocentowanie lokat do 1,56 proc., czyli o 0,13 pkt proc.

To mocno uproszczone wyliczenia. Stawki w poszczególnych instytucjach różnią się w zależności od ich pozycji rynkowej (najwięksi zwykle dają niższe oprocentowanie lokat), tego, na jakim segmencie się koncentrują (banki nastawiające się na pożyczki konsumpcyjne czy kredytowanie najmniejszych firm, na których zarabia się więcej, mogą też więcej płacić za depozyty) czy pozycji kapitałowej i struktury bilansu.