Kiedy we wtorek lubelska spółka poinformowała, że przydzieliła 5 mln akcji, za które jej nabywcy zapłacili po 2,5 zł za sztukę, kurs spadł o niemal jedną piątą, do 4,5 zł. Reakcji inwestorów trudno się dziwić. Taka operacja z reguły prowadzi do spadku giełdowych notowań. Spółka przypomniała, że emisję uchwalono jeszcze w 2015 r., a akcjonariusze dali kierowanemu przez Karola Zarajczyka zarządowi dwa lata na jej przeprowadzenie i wybór nabywcy akcji. Nowe papiery trafiły do spółek z grupy kapitałowej Polmot Holding, firmy kontrolowanej przez Andrzeja Zarajczyka, ojca prezesa Ursusa. Dzięki tej operacji Polmot ma już ponad 50-proc. udział w kapitale producenta ciągników. Zarajczykowie zapewnili, że nie ma mowy o sprzedaży akcji, a nowa emisja daje „stabilizację właścicielską gwarantującą dynamiczny rozwój”. Inwestorzy w tę deklarację uwierzyli i na zakończenie sesji akcje kosztowały już 5,34 zł. Wszystko wróciło do normy? Bliższe przyjrzenie się wynikom finansowym firmy sugeruje jednak, że optymizm inwestorów oparty jest na kruchych fundamentach.

Pustki w kasie

Ursus przestał zarabiać pieniądze. Jeszcze dwa lata temu firma w ciągu czterech kwartałów potrafiła wypracować ponad 20 mln zł zysku operacyjnego. Na koniec marca była pół miliona na minusie. Rachunek zysków i strat jest ważny, ale o kondycji finansowej spółki więcej mówi bilans przepływów pieniężnych pokazujący, jak wygląda obieg gotówki w firmie. W pierwszych trzech miesiącach z tytułu podstawowej działalności operacyjnej z Ursusa wypłynęło ponad 40 mln zł. W grudniu firma miała w kasie 30 mln zł gotówki, na koniec marca już tylko 3 mln zł. Przesunęła do końca roku spłatę 28 mln zł kredytu zaciągniętego w PKO BP.

– Płynność nigdy nie była naszą mocną stroną. To w znacznej mierze wynika ze specyfiki branży. Obwiązuje w niej urzędnicza sezonowość – mówi Karol Zarajczyk.

Choć zyski Ursusa spadają, to kurs akcji rośnie

Choć zyski Ursusa spadają, to kurs akcji rośnie

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Krajowi rolnicy kupują sprzęt przede wszystkim dzięki dopłatom unijnym. W perspektywie budżetowej na lata 2014–2020 jest z nimi problem – w Ministerstwie Rolnictwa wciąż zalegają wnioski złożone przez rolników w I połowie zeszłego roku. Efekt jest taki, że sprzedaż ciągników spadła w 2016 r. do 8 tys., z 18 tys. rok wcześniej. Mimo trudnych warunków Ursus znalazł na krajowym rynku nabywców na 800 traktorów, ale farmerom nie wystarczyło już pieniędzy na pozostały sprzęt. Sprzedaż produkowanych przez firmę przyczep, wywrotek czy rozrzutników spadła o połowę. A Ursus nie może zatrzymać maszyn produkcyjnych, bo kiedy wreszcie urzędnicy odblokują płatności, trzeba mieć dla rolników gotową ofertę.

Także za granicą nie wszystko idzie jak z płatka. Umowa na dostawy ciągników w Tanzanii o wartości 55 mln dol. półtora roku po jej podpisaniu jest zrealizowana ledwie w 20 proc. Po kilku zmianach firmy, która ma być odbiorcą produktów Ursusa, problem został rozwiązany i traktory znów płyną do Afryki. Kiedy już zostaną odebrane, lubelska spółka może być pewna, że dostanie pieniądze – gotówkę wypłaci Bank Gospodarstwa Krajowego, który w ramach rządowego programu wsparcia eksportu dał Tanzańczykom kredyt na zakup Ursusów. Na razie jednak u producenta traktorów z jednej strony rosną należności i zapasy, z drugiej zobowiązania. Zarajczyk uspokaja, że Ursus nie ma żadnych zaległości wobec pracowników, ZUS czy urzędu skarbowego, a na pieniądze czekać muszą jedynie kooperanci.

Elektryczna przyszłość rządowa

12,5 mln zł, które Ursus otrzyma z tytułu wyemitowanych akcji, przydadzą się, ale potrzeby są większe. Na inwestycje i udoskonalenia firma planuje wydać w tym roku 36 mln zł. Przejmując w 2011 r. resztki majątku upadłej firmy, Zarajczykowie założyli sobie, że nie tylko odbudują jej pozycję na rynku, ale i stworzą silną polską markę motoryzacyjną. Na początek postawiono na autobusy. W zeszłym roku firma wygrała pierwszy przetarg na dostarczenie pięciu pojazdów spalinowych do Torunia. Pokonała w nim Solarisa, krajowego lidera w produkcji autobusów. Za ocenę techniczną Ursus dostał 39 pkt, Solaris 100, ale lubelska spółka wygrała dzięki niższej cenie. Kolejne 10 autobusów Ursusa, tym razem z napędem elektrycznym, trafi do Warszawy.

Właśnie w produkcji tych ostatnich pojazdów Karol Zarajczyk widzi perspektywy dla swojej firmy. Ursus, który już wcześniej korzystał z różnych form wsparcia ze strony władz (firma dostała na przykład 20 mln zł pożyczki od Agencji Rozwoju Przemysłu na skonstruowanie transmisji napędu do ciągników), teraz z sektorem publicznym związał się jeszcze silniej. Prace nad rozwojem elektrycznego samochodu dostawczego, który będzie w stanie zabrać ponad 2 tony ładunku, ma sfinansować Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Silnik do niego powstał przy współpracy z państwowymi zakładami Cegielskiego. Odbiorcą auta, które ma szansę uzyskać homologację jeszcze w tym roku, w pierwszej kolejności mają być samorządy. Mniejszy elektryczny samochód użytkowy, opracowany przez Ursus w zeszłym roku, firma zamierza sprzedawać Poczcie Polskiej. Na budowę nowej fabryki w mieleckiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej Ursus chce uzyskać kolejną pożyczkę od Agencji Rozwoju Przemysłu.

– Żadna z form wsparcia z publicznych pieniędzy, z których korzystamy, nie powstała przecież z myślą o Ursusie. Dostęp do nich mają wszyscy. Proszę też zwrócić uwagę, jaką rolę odegrało państwo na przykład w rozwoju niemieckich koncernów motoryzacyjnych. Te firmy w dalszym ciągu mogą liczyć na przychylność władz. A w Polsce z niezrozumiałych dla mnie powodów mamy problem ze współpracą na linii biznes – sektor publiczny – mówi Zarajczyk.

Ta współpraca rodzi jednak ryzyko – decyzje w sektorze publicznym nie zawsze zapadają na podstawie kryteriów biznesowych, często się przeciągają albo zmieniają wraz z wymianą urzędników. Zarajczyk zapewnia, że zdaje sobie z tego sprawę.

– Prace nad pojazdami elektrycznymi rozpoczęliśmy kilka lat wcześniej, nim pojawił się program elektromobilności. Nasze projekty nie są zależne od sektora publicznego – deklaruje prezes Ursusa.

Prawie jak Elvis, prawie jak samochód

Prócz wsparcia rządu Zarajczyk może też liczyć na inwestorów detalicznych. Można przypuszczać, że bez większych oporów wyłożyliby pieniądze na nową emisję Ursusa, bo na jego akcjach, mimo ostatnich zawirowań, zarobili w ciągu ostatnich trzech miesięcy 123 proc. Powodem do kupowania akcji była nawet prezentacja Elviego. Tak Ursus nazwał większy ze swoich dostawczych samochodów. Na razie Elvi jest tylko wydrukowanym w technologii 3D modelem, co nie przeszkadza inwestorom liczyć zysków z jego sprzedaży. Instytucje finansowe są bardziej sceptyczne.

– Bardzo trudno jest dziś ocenić, który z producentów samochodów elektrycznych odniesie sukces i ile wart jest jego biznes. Można postawić tezę, że akcje Tesli są bardzo drogie, ale również dobrze da się obronić przeciwne twierdzenie. Z drugiej strony elektryczna rewolucja trwa. Dlatego analizujemy przede wszystkim, kto może być dostawcą surowców i podzespołów do tego rodzaju aut – mówi Paweł Homiński, członek zarządu Noble Funds TFI.

Tesla to globalny lider w sprzedaży samochodów napędzanych prądem. Na nowojorskiej giełdzie jest wyceniana na 51 mld dol., choć w zeszłym roku miała 700 mln dol. straty. To oddaje specyfikę branży – im gorsze wyniki finansowe, tym większe nadzieje inwestorów.