6 maja 2017 r. – od tego dnia obowiązuje nowelizacja ustawy o obrocie instrumentami finansowymi (Dz.U. z 2017 r. poz. 724). Rzecz w tym, że powinna ona wejść do porządku prawnego najpóźniej 3 lipca 2016 r. Wskutek indolencji urzędników – zarówno poprzedniego rządu, jak i obecnego, gdyż prace nad aktem prawnym trwały blisko trzy lata – przedsiębiorcy żyli przez wiele miesięcy w niepewności. Teraz już przynajmniej wiedzą, że będzie źle.

Nieudolność państwa

Od lipca zeszłego roku obowiązuje rozporządzenie MAR (Market Abuse Regulation). Wielu ekspertów uważa, że wywróciło ono rynek do góry nogami. W dużym uproszczeniu MAR dotyczy informacji poufnych oraz obowiązków w raportowaniu transakcji instrumentami finansowymi dokonywanymi przez członków organów spółki i osoby z nimi związane. – Przede wszystkim regulacje unijne obejmują nie tylko nadużycia dotyczące instrumentów finansowych dopuszczonych do obrotu na rynku regulowanym, lecz także wprowadzonych do alternatywnego systemu obrotu, np. NewConnect – zwraca uwagę radca prawny Tomasz Mihułka, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Drastyczność na papierze

Drastyczność na papierze

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

To oznacza, że obowiązujące od ponad 10 miesięcy przepisy (rozporządzenia stosuje się bezpośrednio) dotyczą nie tylko dużych spółek publicznych, lecz także drobnego, dopiero rozwijającego się i poszukującego kapitału biznesu.

Unijni decydenci postanowili dać państwom członkowskim okazję do wykazania się. Wskazali w MAR jedynie minimalne sankcje dla osób nieprzestrzegających przepisów. Ich dokładną wysokość powinni ustalić ustawodawcy krajowi.

I tu pojawił się problem. MAR bowiem wszedł w życie, lecz rodzimy ustawodawca nie nadążył. Polska ustawa o obrocie odnosiła się do poprzedniego stanu prawnego. Powstał problem: czy za ewentualne naruszenia należy karać zgodnie z ustawą o obrocie, zgodnie z minimum określonym w rozporządzeniu, czy może w ogóle nie karać? Na łamach DGP w sierpniu 2016 r. eksperci wskazywali, że najwięcej przemawia za tym ostatnim rozwiązaniem. Emitenci nie powinni bowiem ponosić ryzyk wynikających z nierychliwości państwa w uchwalaniu ustaw, które trzeba przyjąć („Bezkarny wilk z Książęcej”, DGP nr 148/2016).

W dzień po naszej publikacji zareagowała Komisja Nadzoru Finansowego. Stwierdziła, że „w związku z doniesieniami medialnymi oraz wypowiedziami niektórych prawników i lobbystów w sprawie możliwości karania za naruszenie przepisów MAR” informuje, iż karać można. Co pozostało deklaracją na papierze, gdyż żaden podmiot po dziś dzień nie poniósł konsekwencji za naruszenie obowiązujących od lipca przepisów.

Jak na Zachodzie

Od kilku dni organ nadzoru dysponuje jednak potężnym orężem. Artykuł 180 ustawy o obrocie w obowiązującej od 6 maja 2017 r. wersji przewiduje dla ujawniających informację poufną niezgodnie z prawem karę nawet do 4 lat pozbawienia wolności. Nowo dodany art. 170f określa, że w przypadku, gdy podmiot wyznaczony do świadczenia bankowych usług pomocniczych narusza wymogi ostrożnościowe dotyczące ryzyk kredytowych lub utraty płynności, może zostać ukarany karą do 82 mln 680 tys. zł albo kwotą stanowiącą równowartość 10 proc. całkowitego rocznego przychodu wykazanego w ostatnim zbadanym sprawozdaniu finansowym za rok obrotowy. Wiele innych przepisów określa kary idące w miliony, a niekiedy dziesiątki milionów złotych za różnego typu przewinienia.

Zdaniem dr. Mirosława Kachniewskiego, prezesa Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, największy problem może być związany z tym, że MAR najmocniej uderzy w najsłabszych na rynku. Duże spółki giełdowe są bowiem w stanie zadbać o to, by w pełni dostosować się do nowych wymogów. Niewielkie spółki z NewConnect, szukające często oszczędności, mogą jednak popełniać błędy, za które następnie słono zapłacą. Między innymi dlatego, w ocenie tak Kachniewskiego, jak i wielu ekspertów wypowiadających się dla mediów w ostatnich miesiącach, bardzo źle się stało, że poziom kar dla polskich przedsiębiorców będzie taki sam, jak dla tych działających w bardziej rozwiniętych państwach Europy Zachodniej.

Resort finansów uspokaja. Podkreśla, że nowe przepisy określają jedynie maksymalny wymiar kar. Nie oznacza to, że na emitentów, którzy naruszają przepisy, ale nie robią tego uporczywie, będą nakładane wielomilionowe sankcje. Czego najlepszym przykładem była dotychczasowa polityka karania, gdzie organ nadzoru był wstrzemięźliwy nie tylko w określaniu wymiaru kary, lecz także w ogóle w stwierdzaniu naruszeń.

– Wiele osób mówi o tym, że zacznie się polowanie na emitentów. To bujda. Nie ma żadnego powodu, dla którego państwo chciałoby się wdawać w wieloletnie potyczki sądowe. A tym przecież skończyłaby się kampania nakładania wysokich kar na spółki – słyszymy od jednego z wysokich rangą urzędników MF.

Mimo to część ekspertów uważa, że rosnącą niechęć przedsiębiorców do parkietu powiązana jest z restrykcyjnymi przepisami.

„Większa niepewność, wyższe kary i ich konstrukcja mogą po prostu odstraszać niektóre zarządy i właścicieli spółek” – pisał niedawno na łamach Bankier.pl Adam Torchała.

Nowe przepisy będą mogły być stosowane tylko do naruszeń mających miejsce po 6 maja. Wcześniejsze uchybienia bądź nie podlegają żadnej sankcji (zdaniem ekspertów), bądź podlegają sankcjom na podstawie przepisów ustawy o obrocie w starym brzmieniu (zdaniem KNF).