MasterCard od 1 stycznia nałożył nową opłatę na agentów rozliczeniowych. Jak pan ocenia ten pomysł?

Zacznijmy od tego, że w żadnym innym kraju organizacje płatnicze nie wprowadzają programów zakładających finansowanie przez agentów rozliczeniowych wydawnictwa kart. Nie mają one bowiem, moim zdaniem, najmniejszego sensu. Agenci rozliczeniowi to firmy, które w tym momencie i tak zarabiają na transakcjach kartowych najmniej. Dlaczego w takim razie zabierać im znaczącą część dochodu i wykorzystywać na finansowanie nowych inicjatyw w bankach? Inicjatywy mogą przecież być finansowane z opłat, jakie już dziś przekazywane są tej organizacji z tytułu używania jej kart w punktach handlowo-usługowych. Według naszych szacunków dodatkowa opłata pobrana od agentów rozliczeniowych przez MasterCard wyniesie w 2011 r. ok. 25 mln zł. To bardzo dużo dla agentów – w zasadzie wstrzymuje ich dalszy rozwój.

Ale jeśli dzięki programowi pojawi się więcej nowoczesnych kart i zwiększy się liczba transakcji, to zarobią na tym również agenci?

Dziś banki wydają karty i wdrażają nowe produkty niezależnie od nowego funduszu MasterCard. Nie wydaje mi się, żeby dodatkowe fundusze wpłynęły na liczbę kart lub ich transakcyjność – agenci rozliczeniowi protestują, ponieważ nie widzą dla siebie żadnych korzyści z nowego pomysłu MasterCard.

Obecnie w Polsce mamy powyżej 2 mln kart bezstykowych i ponad 230 tys. terminali, z czego 15 – 20 tys. obsługuje karty bezstykowe. Udało się to osiągnąć bez specjalnego opodatkowywania agentów rozliczeniowych. Nie wyobrażam sobie, żeby dodatkowe 25 mln zł znacząco wpłynęło na dalszy rozwój rynku. Z drugiej strony nałożenie na nas dodatkowej opłaty zmusi agentów do podniesienia stawek pobieranych za obsługę kart. I co z tego, że będziemy mieli innowacyjne produkty płatnicze (na nie mają być przeznaczone dodatkowe środki), jeżeli agentów nie będzie stać na finansowanie nowych terminali, a jednocześnie korzystanie z nich będzie tak drogie, że handlowcom będzie się dużo bardziej opłacało przyjmować gotówkę. Proszę również zauważyć, iż tworzony fundusz nie jest przeznaczony na wspieranie sieci akceptacji kart, ale na wspieranie innowacji, co nie jest do końca jednoznaczne ze wspieraniem rozwoju punktów akceptujących transakcje kartami płatniczymi.

Pana zdaniem programy, które wspierają rozbudowę sieci terminali, mają w Polsce sens? Pod względem transakcyjności chyba już tak bardzo nie odbiegamy od europejskiej średniej?

Każdy program, który zakłada faktyczne wzmacnianie rynku, będzie miał nasze poparcie. Musi tylko być zbudowany w sposób rzetelny i opierać się na racjonalnych przesłankach. Inwestowanie w urządzenia do akceptacji kart pochłania bardzo znaczące kwoty – ich zwrot zależy od aktywności użytkowników kart. Stąd mile widziane wszelkie programy, które pozwalają instalować terminale również tam, gdzie na transakcje trzeba będzie poczekać.

Powtórzę raz jeszcze: agenci rozliczeniowi nie są przeciwko programom proponowanym przez organizacje kartowe tylko dla zasady – my naprawdę analizujemy ich wpływ na rynek i na naszą działalność i protestujemy wyłącznie przeciwko inicjatywom, które naszym zdaniem są szkodliwe.

Do europejskiej średniej transakcyjności powoli dobijamy. Według badań NBP średnia liczba transakcji przypadających w Polsce na jeden terminal to 2,2 tys. W UE jest to 2,4 tys. I naszym zdaniem właśnie utrzymanie tej wysokiej średniej, przy jednoczesnym aktywnym stawianiu kolejnych tysięcy terminali, powinno być wspólnym zadaniem organizacji kartowych i agentów rozliczeniowych.

Czy w najbliższych latach spadnie w Polsce koszt transakcji bezgotówkowych?

Uczestnicy rynku wspólnie uznają, że opłaty powinny spadać wraz ze wzrostem obrotów. Tyle że trochę czasu jeszcze zajmie, zanim tak się faktycznie stanie. Myślę, że potrzeba na to co najmniej trzech lat. Chyba że w proces ten włączy się Komisja Europejska, a to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę jej zainteresowanie transakcjami bezgotówkowymi i decyzje, które wpłynęły na zmniejszenie opłat za transakcje transgraniczne.