Największy na Litwie, gdzie pod koniec 2012 r. suma udzielanych kredytów konsumpcyjnych spadła aż o ponad 23 proc. – obliczyło nasze Ministerstwo Finansów na podstawie danych Eurostatu. O ponad 15 proc. mniej pożyczają Irlandczycy, o 11 proc. Hiszpanie i prawie tyle samo mniej Portugalczycy, spadek kredytów o prawie 9 proc. odnotowała także Grecja. To zrozumiałe, w tych krajach kryzys najbardziej dał się ludziom we znaki. Ale nastroje pogarszają się w całej Unii. Mniej pożyczają Niemcy (chociaż zaledwie o 1,1 proc.), Francuzi (o ponad 2 proc.) i Włosi (aż o ponad 6 proc.). W całej strefie euro spadek kredytów konsumpcyjnych wyniósł ponad 4 proc.

Polacy także coraz bardziej ograniczają konsumpcję. Bezrobocie przekroczyło 13 proc., płace nie rosną, trzeba zaciskać pasa. Zachowujemy się więc racjonalnie i... szkodzimy w ten sposób własnej gospodarce. W czasie pierwszej fali kryzysu nie bardzo się nim przejęliśmy i konsumowaliśmy z niesłabnącym apetytem. Może była to beztroska, ale bardzo dobrze zrobiła ona gospodarce. Konsumpcja wewnętrzna była najsilniejszym motorem napędzającym wzrost produktu krajowego brutto. Teraz jest gorzej, zaczęliśmy się bać, a strach zniechęca do pożyczania. W grudniu 2011 r., w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej, kredyty konsumpcyjne Polaków wzrosły o 11,9 proc. Ale w końcówce 2012 były już o 0,2 proc. mniejsze. Na szczęście ciągle jeszcze zadłużamy się na zakup mieszkania.

Słabnie też drugi motor naszej gospodarki, czyli eksport. W 2009 r. obronił się dzięki osłabieniu złotego. W 2012 r. nasza waluta się wzmocniła, za to Niemcy, główny odbiorca naszych towarów, z powodu spowolnienia kupowały mniej. Trzeci motor ciągnący gospodarkę, czyli inwestycje, krztusi się już od dawna. Przedsiębiorcy, nawet jeśli mają pieniądze, wolą ich w rozwój firmy nie angażować. Po co, skoro popyt maleje?

Wszystkie kraje mają te same kłopoty, ale nie wszystkie próbują rozwiązywać swoje problemy według tej samej recepty. Najczęściej stosowanym remedium jest to, co jeszcze przed kilkoma laty zgodnie uważane było za psucie gospodarki – czyli podgrzewanie jej drukowaniem pieniędzy. To uproszczenie, ale oddaje istotę rzeczy. W ogromnej większości krajów UE notuje się obecnie ujemny poziom realnych stóp procentowych. Co oznacza, że pieniądze pożyczone dziś, w momencie gdy trzeba je będzie oddać, warte już będą mniej. Tani pieniądz ma zachęcić ludzi do konsumpcji oraz zadłużania się, a przedsiębiorców zachęcić do inwestowania. W taki ryzykowny nieco sposób podgrzewają swój wzrost Czesi, Anglicy, Holendrzy, Hiszpanie, Niemcy, Belgowie, w sumie 21 członków UE. Polska zachowuje się odwrotnie, prowadzi o wiele bardziej restrykcyjną politykę pieniężną, nasze stopy procentowe, w wymiarze realnym, są najwyższe w Unii. Podobnie jak my, ale o wiele bardziej ostrożnie, zachowują się Grecy, Szwedzi, Rumuni, Węgrzy i Łotysze. Rada Polityki Pieniężnej nie tylko nie podgrzewa gasnącej gospodarki, ale można nawet powiedzieć, że ją mrozi. Do czynników, na które nie mamy wpływu, dorzucamy garść własnego lodu.

Nie można mieć do RPP o to pretensji, gdyż obowiązkiem rady jest dbać nie o wzrost, ale o stabilność waluty. O to, żeby inflacja nie wymknęła się spod kontroli. Ekonomiści podkreślają jednak – zagrożenie recesją spowodowało, że w tym roku ceny będą rosły o wiele wolniej. Wolniej nawet niż określiła to rada, wyznaczając cel inflacyjny. Pracownicy, ze strachu przed zwolnieniami, nie buntują się przeciwko obniżaniu płac. Przedsiębiorcy mogą więc nie tylko cen swoich wyrobów nie podnosić, ale wręcz je obniżać. Sprzyja temu także spadek cen energii na rynkach światowych oraz obniżenie cen gazu w Polsce. Wydaje się więc, że RPP bez ryzyka przyspieszenia inflacji mogłaby tempo obniżek stóp procentowych znacznie przyspieszyć. Naszej gospodarce bardzo by to pomogło.

W czasie pierwszego uderzenia kryzysu udało nam się pozostać zieloną wyspą, w sporej części dlatego że mieliśmy szczęście. Tym razem może się już nie udać, w dodatku trochę także na własne życzenie.