Nieżyjący już wielki antropolog, Edward Hall, wskazuje, że nie ma aspektu życia ludzkiego, na który nie wpływałaby i którego nie zmieniałaby kultura. Sposób, w jaki wyrażamy emocje, w jaki myślimy, jak się poruszamy, jak rozwiązujemy problemy, jak urządzone są nasze miasta i jak funkcjonuje nasz system transportowy – wszystko jest funkcją kultury.

Oczywiście, ponieważ kultura jest nabyta, może się przekształcać wraz z upływem czasu. Jest jednak również tak głęboko zakorzeniona, że trzeba pokoleń, by ją zmienić. Gwałtowne kataklizmy – czy to wojna, czy katastrofa gospodarcza – mogą przyspieszyć początkowe zmiany lub wzmocnić niektóre elementy kultury, ale generalnie cały proces zmian jest niezwykle powolny.

Pracując w międzynarodowej firmie i mieszkając w Polsce, można z bliska obserwować wpływ norm kulturowych. Azjatyccy biznesmeni nie potrafią mówić „nie”, przez co my, biedni biali, uważamy, że transakcja jest wciąż brana pod uwagę. Niemieccy dostawcy zalewają nas potokiem danych technicznych, podczas gdy ich brytyjscy konkurenci stawiają raczej na marketing i retoryczne popisy.

Byłoby więc raczej zaskakujące, gdybyśmy założyli, że nasze podejście do rozwiązywania problemów ekonomicznych lub nasza tożsamość jako źródło konkretnego kryzysu są poza wpływami kulturowymi.

Można zauważyć, że ekonomia nie jest wolna od ideologii, a nasze podejście do życia i system wartości także wpływają na nasze sądy gospodarcze. Uzasadniamy ten ideologiczny osąd, wybierając dowody czy dane, które wspierają nasze przekonania, czy dotyczy to Leszka Balcerowicza koncentrującego się na współczynnikach zadłużenia, czy Paula Krugmana bardziej zainteresowanego stopą zwrotu z obligacji długoterminowych. Nie lekceważcie wymiaru ideologicznego. Pomaga on nam zrozumieć, że zawsze istnieje alternatywa, choć niektórzy twierdzą inaczej.

Kiedy jednak spojrzymy na podejście niemieckiej kanclerz do obecnego kryzysu w strefie euro, odkryjemy, że podział na keynesistów i neoliberałów, który w dużej mierze określa debatę ekonomiczną, szczególnie w świecie anglosaskim, zaczyna pękać. Niemcy nie są państwem liberalizmu gospodarczego. Pozostają krajem, który uwielbia regulacje (spróbujcie znaleźć w Niemczech sklep otwarty w sobotnie popołudnie, nie mówiąc już o niedzieli), jest dumny ze swojego systemu opiekuńczego i prawa pracy. Pomimo okrzyczanych reform Hartza z pierwszej połowy ubiegłej dekady wciąż stanowią wzór dla innych rynków pracy. Wielka Brytania z kolei jest uosobieniem neoliberalnego snu, z niskimi emeryturami, niskimi kosztami pracy i elastycznym rynkiem zatrudnienia. Co więcej, pogłębiające się nierówności mogą być tu postrzegane jako mobilizujący czynnik gospodarczy. A jednak to Wielka Brytania przechodzi drugą falę recesji, a nie Niemcy.

Oto, w czym leży wytłumaczenie sukcesu Berlina: ostatecznie jest to fenomen kulturowy, a nie triumf wynikający z liberalnej polityki ekonomicznej. Można by postawić tezę, że to, iż Niemcy nie są państwem liberalnej gospodarki, jest jednym z kluczy do ich przewagi. Podziały społeczne i nierówności, które gnębią USA oraz Wielką Brytanię i są tak destruktywne dla jakości życia w tych krajach (mam tu na myśli takie obszary jak przestępczość, opieka zdrowotna, jakość życia, a nie jedynie prostacki miernik, jakim jest PKB), w dużej mierze nie dotykają Niemiec i tych krajów Europy Północnej, które przyjęły podobny model.

Jest kilka czynników gospodarczych, które przyczyniają się do ich obecnego dobrostanu, o których Niemcy czasami zapominają wspomnieć. Niedawno uczestniczyłem w konferencji ekonomicznej, na której przedstawiciel Niemiec przypisywał sukces Berlina twardym reformom strukturalnym i kontroli wydatków. Przykro mi, ale głównym powodem sukcesu jest członkostwo Niemiec w strefie euro, które de facto zdewaluowało niemiecki pieniądz, co w połączeniu z wysokim odsetkiem oszczędności dało im przewagę konkurencyjną. Wydatki innych krajów są ich dochodem. W konsekwencji trudno nie mówić o irytującej hipokryzji Berlina grzmiącego na zadłużenie innych. To w końcu Niemcy były pierwszym krajem UE, który złamał zasady Paktu stabilności i wzrostu.

Oczekiwanie, że wszyscy pójdą w ślady Niemiec, byłoby niedorzecznością. By ktoś mógł sprzedawać, ktoś musi kupować. Jeżeli wszyscy zaczną oszczędzać, kto będzie wydawał pieniądze? Paradoks oszczędzania polega na tym, że jeżeli wszyscy zaczną się trzymać za portfele, rezultatem będzie ubóstwo.

Niemniej w grę wchodzą istotne czynniki instytucjonalne i kulturowe, za które Niemcy można pochwalić. Szczególnie jeden odgrywa kluczową rolę. Koncepcja „sparen”. Oznacza ona oszczędzanie na przyszłość i powściągliwość w dniu dzisiejszym. To fundament niemieckiej psychiki, o wyraźnie luterańskich i kalwińskich korzeniach.

Czytelnicy klasycznej pozycji „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” Maxa Webera znają argument, że to oszczędność pozwoliła na rozwój kapitalizmu. Argument Webera łączący tak blisko kapitalizm z etyką protestancką nie jest pozbawiony wad, ale w przypadku Niemiec „sparen” odgrywa istotną rolę. Jednym z kluczy do rosnącej niemieckiej konkurencyjności jest niskie tempo wzrostu płac. „Sparen” wraz ze społeczną spójnością, która jest pochodną sprawnego państwa opiekuńczego oraz relatywnie egalitarnego społeczeństwa, znacząco przyczynia się do warunków, które czynią takie wyrzeczenia akceptowalnymi.

Starsi czytelnicy, którzy zetknęli się z niemieckim duchem na Pomorzu i w północno-wschodniej Polsce, wiedzą, że „sparen” przenikało wszystkie aspekty życia. Była to wszechobecna koncepcja i Angela Merkel wychowała się w jej cieniu.

Ma to również złe strony. Moje pierwsze kulturowe zderzenie ze „sparen” miało miejsce jeszcze przed wprowadzeniem euro, kiedy mknąłem po jednej ze lśniących niemieckich autostrad, ale zatankowanie paliwa okazało się niemal niemożliwością, ponieważ stacje benzynowe nie akceptowały kart kredytowych. A znalezienie taniego hotelu, który akceptowałby karty? Zapomnijcie!

„Sparen” jest ważną i cenną koncepcją, szczególnie we współczesnym świecie, w którym nadmierny konsumeryzm jest zagrożeniem zarówno dla ludzkiego szczęścia, jak i dla środowiska naturalnego. Jednak jeżeli będziemy się jej trzymać zbyt kurczowo, wszyscy przegramy. Tłum. TK

Sukces Berlina to fenomen kulturowy, a nie triumf wynikający z liberalnej polityki ekonomicznej. Niemiecka oszczędność ma jednak minusy