Parę lat temu, gdy otrzymaliśmy razem z Ukrainą organizację Euro, i ja miałem przed oczyma obraz dużego polskiego stadionu, wypełnionego po brzegi kibicami dopingującymi Legię Warszawa, Lechię Gdańsk czy Koronę Kielce w meczu – załóżmy skromnie – półfinału Ligi Europejskiej np. z hiszpańską Valencią. Podstawy do takich marzeń były, do klubów wchodzili bogaci właściciele, jak Zygmunt Solorz-Żak, ITI, Allianz itd., którzy mogliby ściągnąć na nowoczesne stadiony rzesze prawdziwych kibiców.

Niestety tak nie będzie. Panowie, którzy potrafią liczyć pieniądze, zorientowali się, że biznesu na polskiej piłce robić się nie da. Powody – od braku systemu szkolenia po leśnych dziadków z PZPN, którzy koncentrują się wyłącznie na walce o to, żeby nikt nie odkleił ich od stołków.

Ale jest jeszcze jeden cios, który nadszedł ostatnio niespodziewanie – nazywa się Euro 2012. Ludzie czy to na stadionach, czy w strefach kibica zobaczyli wreszcie, jak wygląda prawdziwy futbol. Konia z rzędem temu, który będzie w stanie wytłumaczyć im teraz, że warto pójść na ligowy mecz czy pojedynek polskiego zespołu w przedwstępnej rundzie kwalifikacji do wstępnej rundy eliminacji europejskiego pucharu z, dajmy na to, drugim klubem ligi mołdawskiej. Nie chodzi o prawdziwych kibiców, którzy zniosą wszystko, i tak przyjdą dopingować swoją drużynę (uwaga, idioci z kastetami, nie mam tu na myśli was), ale o tych brakujących, którzy powinni zapełnić dwie trzecie stadionu, a którzy po prostu potrzebują dobrego futbolowego produktu, żeby na taki mecz się wybrać.