Za to u nas przed deszczem, a deszcz po francusku to „pluie”. Czyli parapluj. Takich wyrazów jest w polszczyźnie wiele. Ot, żeby daleko nie szukać – samochód. Wiadomo, że samochód jeździ, a nie chodzi. Powinien być samojezdem albo autowozem. Za to samochodami można by nazwać kroczące maszyny z „Gwiezdnych wojen”.

Takich wyrażeń przybywa. Ot, choćby susz jajeczny. Wydawałoby się, że chodzi o odwodnione jajka, lecz z badań wynika, że jest to coś w rodzaju złóż metali ziem rzadkich, pełnych ołowiu i kadmu. Wcześniej zaś okazało się, że sól drogowa idealnie nadaje się do potraw, co eksperymentalnie, choć nieświadomie, sprawdziła większość Polaków. Potem pobłogosławił to sanepid, mówiąc, że substancja jest dla zdrowia nieszkodliwa.

Teraz rząd próbuje nadać nowe znaczenie słowu „deregulacja”. Według strony internetowej PWN to „zmniejszenie zakresu i stopnia szczegółowości regulacji ekonomicznych”. I na pierwszy rzut oka tak to wygląda – ma być mniej zawodów wymagających egzaminów państwowych czy też zgody przyszłej konkurencji. Tylko że o tym się jedynie mówi. Faktycznie zaś sytuacja wygląda inaczej. Ostatnio weszła w życie ustawa, która zakazuje przewozu osób bez licencji taksówkarskiej. Czyli tzw. przewóz osób znika, zostają jedynie taksówki.

Ponoć ma to podnieść jakość i bezpieczeństwo usług. Budzi to jednak moje wątpliwości, jako że taksówkarze nie słyną z bezpiecznej dla innych, kulturalnej jazdy. W tej chwili trwa vacatio legis innej ustawy, która m.in. reguluje zasady, na jakich zatrudnia się instruktorów jazdy. I też nie ma mowy o ich rozluźnieniu. Na szczęście zaostrzenia ponoć też nie ma. Jak widać, rząd stara się nie tyle uelastycznić część rynku pracy, co zmienić znaczenie słowa „deregulacja”. Jeśli mu się uda, będzie znaczyło tyle co „mydlenie oczu”.

Podejrzewam, że rząd dopnie swego. Możliwe, że potem weźmie się za inne słowa i – na wzór „Polski w budowie” – będziemy mieli „polski w budowie”.