Nie chodzi mi o zawartość i jakość programów – dużo o tym piszą inni, więc nie ma sensu powtarzać. Chodzi mi o zawartość bloków reklamowych, które oglądałem również.

Nie wiedziałem, że taki świat w ogóle istnieje – w moim internecie go nie ma, w gazetach również. Zacząłem się zastanawiać, czy ja w ogóle jestem normalny, bo o większości zaleceń nie miałem bladego pojęcia. Nie wiedziałem, że jestem do tego stopnia nieodpowiedzialny, że nie robię nic w sprawie tylu niebezpieczeństw, które czyhają na mnie z każdym krokiem.

Nie liczyłem z ołówkiem w ręku, ale jestem przekonany, że co najmniej połowa tych reklam to reklamy leków OTC, czyli bez recepty. Czegóż tam nie było? Bóle głowy i migreny, stopy i żylaki, biegunki, alergie, reumatyzm, wątroba i płuca oba, bóle niemal wszystkiego.

Uwiodła mnie reklama jakiejś maszynki, która bezdotykowo dozuje mydło, bo jeśli samemu dotyka się dozownika, to naraża się na działanie znajdujących się tam „groźnych bakterii”. Jak groźnych, nie wiem, i co mogą zrobić, też nie wiem, ale wyglądało to strasznie sieriożnie. A ja, nieświadomy kretyn, od lat sam naciskam główkę dozownika, narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo! Ze strachu przeżegnałem się nogą.

Po pewnym czasie w napięciu już zacząłem czekać na kolejny blok reklamowy, żeby zobaczyć, czego jeszcze nie wiem, jakie niebezpieczeństwo na mnie czyha i po co natychmiast gnać do apteki, żeby zaopatrzyć się w niezbędny – skuteczność gwarantowana! – specyfik.

Z tą skutecznością gwarantowaną to łatwa sprawa, zdaje się. Jak człowiekowi nic nie jest, to na pewno lek będzie działał.

Jednym słowem cały dzień krwawy horror w blokach reklamowych. Horror i obietnica wyzwolenia poprzez zakup cudownego preparatu bez recepty.

Na pierwszy rzut oka człowiek łapie się za głowę i zastanawia się, kto ten kit kupi. Potem jednak przychodzi refleksja, że skoro producenci z takim uporem i intensywnością lansują ten przekaz, to musi on działać. Reklama kieruje się dość twardymi zasadami – jeśli komunikat nie działa, tworzy się inny. Zatem ten działa – wymyślanie często urojonych alergii, bólów i chorób, wyolbrzymianie niebezpieczeństwa z tym związanego i obietnica wyzwolenia. Będzie tego coraz więcej.

Będzie tego coraz więcej, bo w ostatnich latach systematycznie zmienia się widownia mainstreamowych telewizji. Główne telewizje w ogóle mają już tylko 50 proc. widowni telewizyjnej (całkiem niedawno miały ponad 80 proc.) i delikatnie mówiąc, nie jest to widownia o nadmiernie rozbudzonym sceptycyzmie wobec różnego rodzaju rewelacji. Ta bardziej nastawiona krytycznie konsumuje media głównie przez internet i gazety.

I wszystko wskazuje na to, że będzie się to pogłębiać. Telewizje mainstreamowe nadal będą tracić widzów na rzecz telewizji tematycznych i internetu i jakość widza będzie coraz niższa. A telewizje i reklamodawcy z pewnością dostosują się do niej. Nie należy bowiem mieć żadnych złudzeń – telewizje nadają wyłącznie to, co widzowie chcą oglądać, a reklamodawcy emitują przekazy, które monetaryzują się w punktach sprzedaży.

Obawiam się tylko, że jak za kilka lat znowu mi się zdarzy przygoda pt. „Cały dzień z kanałem TV”, to już nawet o cuda czyniących preparatach OTC sobie nie pooglądam. Obejrzę za to spoty o cudownych materacach doktora X, które rozwiązują wszelkie problemy, wspaniałych odkurzaczach, które są tak drogie, że trzeba kupować je na raty, oraz o zupełnie niebywałych garnkach za kilka tysięcy złotych.

Niby to już jest, ale na razie nie w prime time – za kilka lat reklamę uzdrawiającego szlafroka doktora Y za 5 tys. zł, który leczy wszystko, będziemy mogli obejrzeć w bloku reklamowym przed emitowanym po raz 127. filmem „Kevin sam w domu” w porze najwyższej oglądalności.

Spoty telewizyjne są takie, jak chcą widzowie