Spready są nie tylko dokuczliwe dla kredytobiorców, ale też sprzeczne z zasadami wolnego rynku. Zamiast popytu i podaży cenę franka wyznacza urzędnik bankowy. Jednym ruchem poprawia sobie wyniki finansowe bez obowiązku tłumaczenia klientom, skąd taka różnica między bankiem a kantorem.

Tysiące ludzi żyją w przekonaniu, że banki ich kiwają. Napięcie narasta, w miarę jak pogarsza się sytuacja gospodarcza w świecie. Frank zyskuje na wartości, rosną nasze raty, no i na dokładkę te spready. Dług w przeliczeniu na złotego po kilku latach płacenia jest taki sam albo wyższy, niż był. To niepokoi kredytobiorców, ale też bankierów, którzy coraz częściej żądają od klientów, którzy pożyczyli na 100 proc. wartości nieruchomości, wykupywania nowych ubezpieczeń od ryzyka. I jeżeli nawet ubezpieczenia da się jakoś logicznie wytłumaczyć, to spready nie przestają drażnić.

Tak, jak oburzająca może być praktyka banków, tak groźna byłaby interwencja państwa. Stworzyłaby groźny precedens. Rozpaliła populistyczne nastroje. Dlatego sami bankierzy, bez żadnych dodatkowych opłat i zmiany warunków kredytu, powinni znieść ograniczenia w spłatach. Prosty zabieg. W innym razie spotka ich ten sam los co OFE. Tak długo broniły one swoich prowizji, aż rząd zabrał im 75 proc. składki.