Właśnie minęły dwa miesiące od listu Komisji Europejskiej zaniepokojonej restrykcyjnymi regulacjami cen na polskim rynku gazu. Do 7 czerwca Polska miała przedstawić plan deregulacji. Ani listu, ani planu. Ministerstwo: to nie my, tylko URE, a URE: ten list nie był do nas. Pamiętacie państwo wizytę prezydenta USA? Politycy nie mogli się wtedy nachwalić podziwem Obamy dla naszej gościnności. Było tak fajnie, że umknęły im jakoś narzekania Amerykanów na niegościnne polskie regulacje. Chcecie bezpieczeństwa energetycznego? Chcecie dywersyfikacji? Chcecie know-how? Chcecie amerykańskich inwestycji w nowe źródła, to dajcie nam szansę. Deregulujcie.

Anachroniczny system kontroli cen gazu w Polsce powoduje, że Amerykanom nie będzie się opłacało inwestować w wydobycie, a zagranicznym firmom w import gazu. Przepaść między cenami gazu na europejskich rynkach a kontrolowanymi cenami w Polsce sięga już 20 proc. Można zrozumieć, że przed wyborami rząd nie chce uwolnić cen i narażać się na histeryczne reakcje opozycji. Trudniej zrozumieć, że w sytuacji zapaści budżetowej Polska dalej raczy tanim gazem prywatny przemysł. Wielkie zagraniczne koncerny kwitną na tanim gazie od państwa i nic dziwnego, że ani myślą inwestować w nowocześniejsze, wydajniejsze technologie. Od częstego powtarzania słowa „innowacyjność” nie staniemy się nowocześniejsi. Od podniosłych uroczystości w Warszawie, Brukseli i rysowania na tablicach kolorowych strzałek priorytetów nie zacznie płynąć gaz.