Nie będzie wyjścia: albo porozumienie, albo poważne kłopoty. Po jesiennych wyborach najważniejsze siły polityczne w Polsce będą musiały zawrzeć kompromis, bo inaczej analitycy, agencje ratingowe i największe banki inwestycyjne surowo podsumują naszą gospodarkę.

Na razie nic wielkiego się nie dzieje. Poza sporadyczną krytyką, tak jak ostatnio Nomury, której nie podoba się zbyt bliska współpraca rządu i NBP, większość analityków zostawiła nas w spokoju. Nie ma sensu oczekiwać teraz zdecydowanych działań od polskiego rządu, bo wiadomo – i tak do wyborów nie obetnie wydatków, nie zreformuje ubezpieczeń rolniczych ani nie podniesie podatków. Prawdziwe ratowanie polskiego budżetu będzie musiało zacząć się albo pod koniec tego roku, albo na początku przyszłego.

W to, że jakaś akcja ratunkowa będzie nieunikniona, dzisiaj mało kto wątpi. Wiele wskazuje na to, że po wyborach czekają nas cięcia wydatków i podwyżki stóp procentowych. Wszystko to będzie hamowało gospodarkę. Trudno sobie wyobrazić, by ciężar problemów, jakie wówczas się pojawią, dało się udźwignąć bez politycznego kompromisu.

Zwłaszcza że wybory zakończą się prawdopodobnie patem, w którym zwycięzca nie będzie na tyle mocny, by stworzyć skuteczny rząd albo wykreować wyraźnie zdominowaną przez niego koalicję. Kompromis będzie musiał być o wiele dalej posunięty niż w przypadku obecnej grupy rządzącej. Całkiem możliwe, że w jakimś zakresie obejmie również opozycję, która jeszcze długo zachowa potężną siłę destrukcyjną. Jeżeli partie opozycyjne – niezależnie od tego, czy będzie to PiS, PO, SLD czy PSL – będą miały jakikolwiek wpływ na sytuację w Polsce, kompromis będzie możliwy. Wystarczy, że zwycięzcy nie będą odrzucali a priori wszystkich pomysłów tylko dlatego, że zostały wykreowane przez opozycję.

Wola zawarcia porozumienia to być albo nie być polskiej gospodarki. O tym, jak polityczny konsensus jest ważny dla agencji ratingowych, przekonały się ostatnio Stany Zjednoczone, którym Standard & Poor’s obniżył perspektywę oceny kredytowej. S&P jako jeden z kluczowych powodów zredukowania ratingu ze stabilnego na negatywny podała polityczny spór między głównymi siłami politycznymi w sprawie przyszłych cięć fiskalnych. Obniżenie ratingu to poważny problem, nawet dla Amerykanów. Świadczą o tym zabiegi departamentu skarbu USA, który, jak pisał „Washington Post”, przez kilka tygodni naciskał na S&P, by nie cięła perspektywy ratingu. Do ostatniej chwili toczyła się ostra wojna między ekspertami S&P i administracją Obamy.

Trudno sobie wyobrazić, by instytucje oceniające stan gospodarek nie wzięły pod uwagę umiejętności porozumienia się polityków w sprawach przeprowadzenia reform. Problemy są na tyle duże, że bez zgody i współpracy, także w Polsce, nie da się ich rozwiązać.