Co więcej, cała historia może się na tym nie skończyć – wiele wskazuje na to, że polska strona nie wywiązała się chociażby z zobowiązań offsetowych zawartych w kontrakcie. Pytanie więc, jak Malezyjczycy będą dochodzić swoich praw i ile będzie to nas kosztowało.

Natomiast morał z tej historii jest taki: jeżeli malezyjski kontrakt był umową umożliwiającą tylko przeżycie zakładom w Łabędach, no to cóż – należało zacisnąć zęby i go realizować, poszukując jakichkolwiek innych szans rozwojowych dla fabryki. I może nie karmić opinii publicznej bajkami, jak to się stajemy pancerną potęgą, tylko otwarcie przyznać, że ten kontrakt nie przyniesie wielkich profitów, ale umożliwi funkcjonowanie.

Zamiast tego mamy bałagan finansowy, niezrealizowane zapisy w kontrakcie i nadszarpniętą reputację. A o tym, że Polska może stać się poważniejszym producentem czołgów, na poważnie nie myśli już nikt.