Miał być zbrojeniowy kontrakt stulecia, a wyszło... właśnie nie wiadomo do końca co. Dopiero audyty wykażą, czy Bumar-Łabędy cokolwiek zarobił na dostawach czołgów do Malezji.
Co więcej, cała historia może się na tym nie skończyć – wiele wskazuje na to, że polska strona nie wywiązała się chociażby z zobowiązań offsetowych zawartych w kontrakcie. Pytanie więc, jak Malezyjczycy będą dochodzić swoich praw i ile będzie to nas kosztowało.
Natomiast morał z tej historii jest taki: jeżeli malezyjski kontrakt był umową umożliwiającą tylko przeżycie zakładom w Łabędach, no to cóż – należało zacisnąć zęby i go realizować, poszukując jakichkolwiek innych szans rozwojowych dla fabryki. I może nie karmić opinii publicznej bajkami, jak to się stajemy pancerną potęgą, tylko otwarcie przyznać, że ten kontrakt nie przyniesie wielkich profitów, ale umożliwi funkcjonowanie.