Wtorek – gigantyczny 11-procentowy spadek. Środa – duży, blisko 6-procentowy wzrost. Gdy ta gazeta trafi do kiosków, już będzie wiadomo, jak wyglądał czwartek. Właściwe tylko jednego można być pewnym: giełda w Tokio to w tej chwili parkiet dla inwestorów o mocnych nerwach.

A można było zamknąć to wszystko na parę dni, przeczekać okres największej niepewności dotyczącej wielkości strat i losów elektrowni atomowej Fukushima. Japończycy jednak tego nie zrobili. A przecież mają powód wagi ciężkiej, powód, który przyjąłby ze zrozumieniem cały inwestorski świat.

Dlaczego jednak giełda w Tokio działa i swoim rozedrganiem pokazuje, jak niepewny może być los japońskiej gospodarki? Być może nie zamykając jej, Japończycy chcieli pokazać światu, że mimo katastrofy ich gospodarka dąży do normalności, a jednym z podstawowych wyznaczników tejże normalności jest niezakłócone funkcjonowanie parkietu.

Część ekspertów spodziewa się zresztą, że sytuacja na giełdzie może się bardzo szybko uspokoić, gdyż głębokie spadki stworzyły świetną okazję do zakupów tanich akcji i do przyzwoitych zysków. W dodatku pojawiły się podejrzenia, że część pieniędzy, które na wsparcie gospodarki przeznaczy Bank Japonii, trafi właśnie na giełdę i będzie służyć zakupom akcji i podtrzymaniu kursów. A w takiej sytuacji musiałoby się zdarzyć naprawdę dużo złego, żeby tokijski parkiet znowu zaczął ostry marsz w dół.

Jestem zresztą dziwnie spokojny o los tamtejszej gospodarki. Nie chodzi tylko o to, że mimo olbrzymich rozmiarów tragedii nie dotknęła ona obszarów kluczowych z punktu widzenia tworzenia PKB. Narzekaliśmy na gigantyczny poziom zadłużenia Japonii i na to, że ten kraj od lat notuje marniutki wzrost gospodarczy. Ale trzeba pamiętać o jednym: to tak czy inaczej potężna i znakomicie uporządkowana gospodarka. Takiego dobrze skonstruowanego kolosa trudno zbić z nóg, co pokazało zresztą wydarzenie sprzed z górą 15 lat, czyli trzęsienie ziemi w Kobe. Po szoku Japonia szybko wróciła do równowagi.

Pewni japońskiej potęgi są zresztą ekonomiści i agencje ratingowe. Mówią o przyhamowaniu tamtejszej gospodarki, a nie o jej generalnych, dużych kłopotach. I dlatego z pewnym dystansem trzeba traktować wieści, że na przykład tamtejsi producenci aut pozamykali czasowo swoje fabryki. Dlaczego z dystansem? Po prostu – oni będą potrafili to nadrobić