236 punktów – tyle wyniósł najnowszy indeks cen żywności opublikowany wczoraj przez FAO. To najwyżej w historii, a indeks pnie się konsekwentnie od ośmiu miesięcy. Ostatnio najbardziej zdrożał nabiał, trochę zboże, ryż nieco staniał.

Te ruchy cen od dawna są podobnie tłumaczone: ludzie w krajach rozwijających się stają się coraz bogatsi, w związku z czym zmienia się ich dieta, jedzą więcej i lepiej. Kolejny podawany powód to kataklizmy w różnych częściach naszej planety, jak choćby zeszłoroczna susza w Rosji czy niedawna powódź w Australii. W dodatku susza trwa w Argentynie i Chinach, co budzi obawy rynku o poziom najbliższych zbiorów w tych państwach.

I na tym bym się na chwilę zatrzymał. To ostatnie zdanie, wzięte niemal żywcem z analizy FAO, dużo lepiej oddaje rzeczywistość niż dywagacje o globalnych skutkach powodzi w Australii. Otóż wskazuje ono na stan podwyższonych emocji związanych z żywnością. Perturbacje pogodowe w jakimś zakątku świata są rozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, zresztą nawet nie przez samą FAO, ale przez tzw. uczestników rynku. Lubią oni powtarzać, a za nimi część mediów, że światu zaczyna brakować żywności.

Gdyby jednak spojrzeć chłodnym okiem na ostatnie osiem miesięcy wędrówki indeksu FAO w górę i zadać pytanie, co takiego zdarzyło się w tym czasie na świecie, co usprawiedliwiałoby skok cen, odpowiedź brzmiałaby: nic. Kataklizmy pogodowe zdarzają się zawsze, te ostatnie nie są ani większe, ani gorsze od wcześniejszych. Społeczeństwa państw rozwijających się nie zaczęły się bogacić na wyścigi. Nic zresztą nie wiadomo o tym, że dwa lata temu, kiedy indeks FAO dołował i spadł poniżej 200 punktów, potrzebowały dużo mniej żywności niż teraz.

To bardzo charakterystyczne, że poprzednie szczyty wskaźnik osiągnął tuż przed eskalacją kryzysu w 2008 roku. Warto pamiętać, że wówczas mocno drożało wszystko: żywność, surowce, nieruchomości, praca, akcje. Drożały, by za chwilę drastycznie stanieć i odsłonić to, że za tymi horrendalnymi cenami nie stała żadna racjonalna przyczyna, tylko bańka.

Podobnie dzieje się i teraz. Wzrost cen nie dotyczy tego wszystkiego, co drożało dwa lata temu, a jedynie tych sektorów, gdzie można to jako tako uzasadnić, czyli żywności i surowców. A przecież na świecie krąży mnóstwo gotówki, której dysponenci poszukiwali dobrych okazji inwestycyjnych. W znakomity sposób okazała się nią żywność. I pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie, gdyż oczekiwanie na wzrost cen jest tak powszechne, że świat byłby mocno rozczarowany, gdyby do niego nie doszło. Nawiasem mówiąc, oprócz tzw. spekulantów spiralę cen żywności nakręcają też różnej maści pośrednicy, najmniej na tym szaleństwie zarabiają natomiast sami wytwórcy, a polscy chłopi byliby pewnie w stanie opowiedzieć o tym w sposób przekonujący.

Jedyna dobra wiadomość jest taka, że ceny spadną. To windowanie nie może trwać wiecznie. Spadną wtedy, gdy ci, którzy zarabiają na ich wzroście, dojdą do wniosku, że czas realizować zyski. A stanie się to na przykład wtedy, gdy rzekomymi globalnymi kataklizmami nie da się już przykryć prawdy o całkiem przyzwoitych zbiorach na świecie.