Jak rozumiem, to, że polski sektor finansowy świetnie wytrzymał kryzys, oraz to, że polskie banki przeszły stress testy i trzymają się wymagań KNF, nie ma większego znaczenia. Pewnie jest coś, co zagraża bankom, o czym nie wiemy, a o czym wiedzą rządzący i dlatego chcą je opodatkować. Chyba że cel jest taki, aby marnujące się w specjalnym funduszu pieniądze za czas jakiś cudownym trafem powędrowały jednak do kasy państwa.

Tak czy inaczej banki zaczną płacić haracz. Wbrew powszechnej opinii te mądrzejsze wcale nie odbiją sobie kosztów nowego podatku na klientach. Klient jest zbyt cenny, a konkurencja w sektorze olbrzymia. Raczej wezmą koszty na siebie. Co to oznacza? Może nieco wolniejszy rozwój, może nieco skromniejsze zyski, może przykrojenie oferty, może jeszcze jakieś inne „nieco”. Ale na pewno nie wzmocnienie instytucji finansowych, które już są trzymane krótko przez prawo bankowe i kolejne regulacje KNF. Nowy podatek to paradoksalnie raczej rodzaj kary za grzechy, których banki w Polsce nie popełniły, i za perturbacje, których potrafiły uniknąć. Oczywiście, jeżeli trzymamy się wersji o tworzeniu specjalnego funduszu rezerwowego – jest to kara wymierzana bankom dla ich dobra.