Żyjemy w czasach, jak to określił były wiceszef „Financial Times”, Samuel Brittan, „przygnębiającego powrotu państwochwalstwa”. W świecie zachodnim, z byłymi liberalnymi gospodarkami, jak Wielka Brytania i USA, na czele, aż roi się od znakomitych pomysłów na podwyższanie podatków, zwiększanie kontroli nad prywatnym biznesem i podobnymi. Pojawiają się też pomysły, które zmarły śmiercią naturalną, to znaczy zostały zanegowane przez doświadczenie.

Jednym z nich jest koncepcja narodowych czempionów, która narodziła się we Francji (zresztą ojczyźnie wielu niemądrych pomysłów). Idea była następująca. Amerykańskie firmy są duże, więc musimy tworzyć duże krajowe (francuskie, włoskie, belgijskie itd.) przedsiębiorstwa, które będą w stanie konkurować z amerykańskimi korporacjami. Ale narodowi czempioni nadal przegrywali w konkurencji z Amerykanami. Zmieniło się to dopiero po powstaniu pierwszego wspólnego rynku sześciu krajów. Większy rynek ujawnił źródło amerykańskich przewag, jednym z nich była skala rynku i silnej na nim konkurencji.

Oczywiście pod innymi względami, np. większej dozy wolności gospodarczej, przewagi amerykańskich korporacji zniwelować się nie dało. I tu dochodzimy do kwestii podniesionej w tytule. Ukazał się indeks wolności gospodarczej „Wall Street Journal” i Heritage Foundation. W Polskich mediach odnotowano na ten temat w zasadzie tylko tyle, że Polska zajęła w indeksie mało chwalebne miejsce 68. I właściwie na tym zainteresowanie się skończyło.

O tym, że wiele nam brakuje nawet do średniego poziomu wolności gospodarczej w UE, wiadomo nie od dzisiaj. Wskazują na to różne indeksy: „Doing Business” Banku Światowego czy robiony co 5 lat indeks intensywności i zakresu regulacji (zajmujemy tam od początku ostatnie miejsce). Coś tam robimy w tym względzie – absolutna wysokość słupków odzwierciedlająca nie miejsce w rankingu, lecz absolutny poziom regulacji mierzony przez OECD, z okresu na okres się kurczy. Tyle że inni zmniejszają poziom przeregulowania szybciej bądź od początku mieli znacznie więcej wolności. Mamy więc wiele do odrobienia.

Ale w dobie „państwochwalskiego wzmożenia” i rosnących kłopotów różnych krajów zachodnich warto w rankingu wolności gospodarczej spojrzeć także na innych. I odnotować, że wprawdzie USA nadal są blisko najlepszych, ale wypadły z pierwszej trójki, gdzie były od lat i zajmują 9. miejsce. Jeszcze ciekawsze jednakże, dla nas przynajmniej, są lokaty krajów Unii Europejskiej. Ciekawsze i bardzo pouczające.

Tuż przed Polską jest Słowenia (66. miejsce). To pouczające, bowiem przez wiele lat od początku wieku Słowenia i Polska były najwolniej rosnącymi nowymi krajami członkowskimi UE. Myślę jednak, że jeszcze bardziej pouczające jest to, kto ze starych krajów Unii znajduje się za nami. Otóż są to... kraje PIGS, z wyjątkiem S. To znaczy bez Hiszpanii, w której liberalne reformy za rządów premiera Aznara, hiszpańskiego odpowiednika Margaret Thatcher, nie zostały do końca popsute przez jego socjalistycznych następców. Są więc za nami, obok Włoch, Portugalia i Grecja, odpowiednio na 69. i 88. miejscu.

Tym, którzy uważają, że nie ma związku między niedostatkiem wolności gospodarczej a słabym wzrostem PKB czy stanem finansów publicznych, polecam, pedagogicznie, doświadczenia polskiego badacza prymitywnych ludów Bronisława Malinowskiego. Odkrył on bowiem i takie, które nie widziały związku między seksem i prokreacją...