W zakresie gospodarczym UE prowadziła jedynie wspólną politykę rolną, celną, antykonkurencyjną i spójności. Głębsza integracja gospodarcza zaczyna się od 1999 r., czyli od momentu wprowadzenia w obieg wspólnej waluty. Do czasu wybuchu kryzysu finansowego największym wyzwaniem gospodarczym ostatniej dekady było dla UE rozszerzenie wspólnoty o byłe kraje socjalistyczne. W okresie prosperity bogate kraje Zachodu były skłonne wyłożyć nieznaczną część swego PKB, aby zrealizować niedokończoną część planu Marshala. Jednocześnie utworzenie strefy euro było postrzegane jako wyłącznie korzystny układ, na którym biedniejsze kraje zyskują stabilność, bogatsze rynki zbytu.

Przykładem kraju, który istotnie zyskał na wspólnej walucie, są Niemcy. W ostatniej dekadzie zdołały utrzymać swój udział w globalnym handlu, co w okresie rosnącej konkurencji azjatyckiej jest osiągnięciem. W znacznej mierze było to zasługą integracji europejskiej, gdzie coraz bardziej zamożne kraje z peryferiów Europy konsumowały coraz więcej niemieckich towarów. Ale ten błogostan trwać nie mógł wiecznie, przyszedł kryzys i okazało się, że większość rachunków będą musieli pokryć niemieccy podatnicy. Nie ma więc co się dziwić, że kiedy pojawiły się poważne problemy, i to takie, za które trzeba zapłacić znacznie więcej niż za rozszerzenie, Niemcy zgodziły się na propozycje Francji, aby najważniejsze kwestie europejskie (czyli finansowe) załatwiać w węższym gronie. Zgodziły się tym samym na działanie stojące w sprzeczności z szerokim politycznym projektem UE. Ma to swoje uzasadnienie, bowiem niewypłacalność Grecji jest znacznie poważniejszym problemem dla Niemiec i Francji niż niewypłacalność Węgier. Bankructwo Węgier nie zachwiałoby stabilnością strefy euro, ale Grecji, poprzez efekt zarażenia, już tak.

Sprawy dotyczące strefy euro i tak zawsze były załatwiane w węższym gronie. Wspólny bank centralny był jedną nogą stabilności wspólnej waluty, drugą musi być polityka fiskalna i podobna konkurencyjność gospodarek. Poprzez ścisłą koordynację kraje strefy euro będą chciały uniknąć powtórki z kryzysu, który unaocznił narastające przez lata problemy. Wszystkie kraje PIGS straciły bowiem w ciągu ostatniej dekady swą konkurencyjność i popadły w tarapaty fiskalne, jedne z powodu rozrzutnej polityki fiskalnej (Grecja, Portugalia), inne z niewłaściwego nadzoru nad sektorem finansowym (Irlandia, Hiszpania), ale we wszystkich czterech w ostatniej dekadzie szybko wzrosły płace, co przyczyniło się do utraty przewagi konkurencyjnej.

Pierwszym krokiem do obecnej fazy integracji było utworzenie kilka miesięcy temu funduszu ratunkowego EFSF. Rozpoczął on emisję euroobligacji, z których finansowane są bieżące potrzeby wydatkowe Grecji i Irlandii. Teraz mamy kolejny krok, który nie powinien być zaskoczeniem, choć najnowsze propozycje przedłożone w zeszłym tygodniu przez tandem Angela Merkel – Nicolas Sarkozy idą dość daleko. Zakładają bowiem koordynację fiskalną, podatkową i regulacji rynku pracy. Jeśli takie porozumienie ostatecznie zostałoby zaakceptowane przez kraje członkowskie strefy euro, to trudno znaleźć dobre uzasadnienie, dlaczego kraj taki jak Polska będący poza tą strefą miałby współdecydować o kwestiach, które go nie dotyczą. Projekt Merkel – Sarkozy podważa też władztwo formalnych ciał UE, w tym w szczególności Komisji Europejskiej, dotychczasowego naszego sprzymierzeńca. Komisja nie będzie miała jednak wyjścia – aby nie utracić twarzy ani swej roli, musi przystać na te propozycje i zaangażować się w tworzenie Europy dwóch prędkości.

Prawdziwa Europa zaczyna się tam, gdzie są wspólne interesy. A wspólne interesy mają głównie ci, którzy posiadają wspólną walutę. Czy nam się to podoba czy nie, Europa dwóch prędkości i tak istniała, teraz po prostu zostanie bardziej sformalizowana. Od lat i tak ważniejsze decyzje gospodarcze zapadają w gronie 17 a nie 27. W naszym narodowym interesie jest głębsza integracja z Europą, a tym samym znalezienie się w tej grupie państw, które decydują o najważniejszych dla Europy kwestiach.