Prezes Giełdy Papierów Wartościowych ma ambicje utworzenia w Warszawie jednego z pięciu europejskich centrów finansowych. Moim zdaniem taka wizja przyszłości jest przesadna. Na to, by stać się tak poważnym ośrodkiem, Warszawa nie ma szans.

Europejskie centrum finansowe w Warszawie to jeszcze marzenie Wiesława Rozłuckiego, pierwszego prezesa i współtwórcy naszej giełdy. Drugi prezes, Ludwik Sobolewski, też wierzy, że realizacja takiego planu jest możliwa. Sądzę jednak, że w możliwości realizacji tej wizji jesteśmy już poważnie spóźnieni.

Konkurent w Wiedniu

GPW od dawna jest zainteresowana rynkami z południa Europy. Ponieważ jednak jest to giełda państwowa, nie ma szans na ich przyciągnięcie. W listopadzie wprawdzie zacznie się proces prywatyzacji, jednak zanim do niego doszło, wyrósł nam poważny konkurent w postaci giełdy wiedeńskiej, która już skonsolidowała rynki południowej Europy. Dlatego teraz walka z Wiedniem może być trudna.

Bo do czego miałby służyć taki ośrodek jak nasz? Do skupienia kilku rynków: Ukrainy, Białorusi, Czech, Słowacji, ewentualnie państw nadbałtyckich? To mało. I dlaczego te ośrodki miałyby konsolidować się akurat w Warszawie? Dlaczego nie w Berlinie czy w Wiedniu? Chodzi o to, że do nas jest bliżej, biorąc pod uwagę liczbę kilometrów? Przy dzisiejszej technologii komunikacyjnej różnice odległości nie mają znaczenia, przecież nikt nie będzie transportował pieniędzy na kilogramy. Czym więc Warszawa wyróżnia się, aby to właśnie ona miała się stać jednym z najpotężniejszych centrów?

To nie londyńskie City

Owszem, warszawska giełda jest duża, rozwinięta, prężna, bardzo dobrze funkcjonuje. Jednak Warszawie daleko do londyńskiego City, które nam się marzy. Do tego potrzebne są środki, instytucje finansowe. Przecież większość banków w Polsce to instytucje zagraniczne, które swoje główne siedziby mają w innych krajach, a u nas oddziały. Dlaczego miałyby tworzyć ośrodek finansowy właśnie tu? Ja nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, dlatego wobec marzeń o wielkim centrum jestem sceptyczny. Nie twierdzę jednak, że nie warto się o to starać. Zawsze warto gonić króliczka. Tylko czy można go dogonić?

Należy natomiast myśleć o rozwoju naszej giełdy. Przyciągać spółki ukraińskie, czeskie, w przyszłości białoruskie tym, że łatwo wejść u nas na parkiet, przystępnymi cenami.

Jeżeli w prywatyzacji GPW brałyby udział polskie podmioty, z pewnością zależałoby im na wzmocnieniu jej pozycji. Jednak w tym procesie ma brać udział ktoś z zewnątrz. Może chcieć marginalizować nasz parkiet. Dobrze by było o tym pomyśleć, bo to poważne zagrożenie. Jeżeli nie uda nam się zachować mocnej pozycji, po prywatyzacji może nas ktoś przejąć. Jesteśmy łakomym kąskiem, mamy potężny rynek wewnętrzny, sąsiadów z ogromnym potencjałem handlowym.

Może nie prywatyzować?

W ślad za tym rozumowaniem pojawia się pytanie – a może najbezpieczniej by było giełdy nie prywatyzować? Cóż, nie jestem w tej kwestii absolutnym liberałem. A trzeba przyznać, że do tej pory giełda znakomicie się spisywała, choć nie była prywatna. Tyle że z organizmem prywatnym łatwiej rozmawiają partnerzy na całym świecie. To z kolei argument przemawiający za prywatyzacją.

Jestem jednak przekonany, że jako użytkownicy giełdy nie poczujemy, kiedy przestanie być ona państwowa. Oby uchroniła

się przed zagrożeniami.