Komisja Nadzoru Finansowego już zapowiada, że wnikliwie przyjrzy się zarówno samej transakcji, jak i kondycji kupca. A to oznacza, że zatwierdzanie transakcji potrwa długo, co może zirytować dotychczasowych właścicieli BZ WBK. Im zależy na dwóch rzeczach: a) gotówce, b) czasie, gdyż są naciskani przez swój rząd, aby jak najszybciej sfinalizować operację.

Pozornie układanka wygląda prosto. BZ WBK nie zostanie kupiony przez PKO BP. Za tym lobbowali między innymi przedstawiciele rządu. A zatem KNF, czyniąc wstręty Hiszpanom i Irlandczykom, wpisuje się w ogólny pejzaż niechęci względem zagranicznego kupca zachodniowielkopolskiego banku.

Układanka prosta, ale niezbyt prawdziwa. KNF nie jest instytucją, która imponowałaby szybkością działania. Coś na ten temat mogliby powiedzieć szefowie banków, którzy miesiącami bez jasnej przyczyny czekali na zatwierdzenie przez nadzór. Co w innych przypadkach było dokuczliwą wadą, tutaj może okazać się koniecznością. Santander jest olbrzymim, prężnie działającym bankiem. Tylko że trwający niemal od dwóch lat kryzys nakazał bycie podejrzliwym wobec tych określeń. Poznańsko-wrocławski bank jest zbyt ważnym ogniwem polskiego systemu finansowego, żeby jakkolwiek zaniedbać identyfikację, czy potencjalny kupiec na pewno jest OK.

Pytanie w gruncie rzeczy należy postawić inaczej: czy Komisji Nadzoru Finansowego wystarczy sił i środków, żeby dokładnie – jak to zapowiada – prześwietlić finansowego giganta. Zwłaszcza że w przypadku niektórych banków wiele nadzorów głowi się, jaka właściwie jest ich kondycja, czy nie pozamiatały niczego pod dywan i czy głęboko w swoich skarbcach nie mają czegoś, co może kojarzyć się ze słowem „toksyczny”. Niestety zadziwiająca jest bezkonkluzywność tych prześwietleń. A KNF nie może sobie pozwolić na żadną pomyłkę czy przeoczenie. Także dlatego, że historia z BZ WBK najprawdopodobniej nie będzie jedyną dużą transakcją na polskim rynku bankowym w stosunkowo niedługim czasie. A w świecie finansów lepiej nie uczyć się na błędach.