Bo koniec sezonu turystyczno-wakacyjnego oznacza dla nich nową okazję do zarobku, którą z bliżej nieznanych przyczyn zwykło się nazywać zieloną szkołą. Zmora rodziców, wrzód na – wiadomo czym – nauczycieli oraz jedna z większych bzdur w i tak nie najmądrzejszym systemie szkolnictwa. Idiotyczny pomysł, który nie wiedzieć czemu zamienił się w przymus.

Na zielone szkoły wyjeżdża się zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, w celu – jak twierdzą niektórzy – zintegrowania klas i rozpoczęcia nauki w miłej, nieformalnej atmosferze. Albo na wiosnę – aby odpocząć przed czekającymi wakacjami (oficjalna wersja głosi, że to odpowiedź na wiosenne zmęczenie), choć dla wielu uczniów lepiej by było siąść nad podręcznikami przed końcem roku.

A rodzic klnie i płaci. Za jedyne 560 złotych plus 200 euro można wysłać dzieciaka do Francji. Fantastyczna oferta: plażowanie w Nicei, spacer po Monako, wycieczka do Cannes. Dla mniej zamożnych Dom Rybaka w Kołobrzegu – jedyne 58 zł osobodniówki, z pieczeniem kiełbasek jako atrakcją.

MEN woli się nie wypowiadać oficjalnie na ten temat, twierdząc, że wyjazd na zieloną szkołę jest niezależną decyzją szkoły, tudzież rodziców, i że na tych wyjazdach realizowana jest podstawa programowa. Podstawa hipokryzji raczej. Ale przynajmniej tego Jaś się tam nauczy.