Ledwie zabrzmiał dzwonek na lekcje, w szkołach rozdzwoniły się telefony. To dzwonią agenci firm turystycznych i właściciele pensjonatów (im bardziej zapuszczone, im trudniej im zdobyć normalnych gości, tym częściej i natarczywiej wydzwaniają).
Bo koniec sezonu turystyczno-wakacyjnego oznacza dla nich nową okazję do zarobku, którą z bliżej nieznanych przyczyn zwykło się nazywać zieloną szkołą. Zmora rodziców, wrzód na – wiadomo czym – nauczycieli oraz jedna z większych bzdur w i tak nie najmądrzejszym systemie szkolnictwa. Idiotyczny pomysł, który nie wiedzieć czemu zamienił się w przymus.
Na zielone szkoły wyjeżdża się zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, w celu – jak twierdzą niektórzy – zintegrowania klas i rozpoczęcia nauki w miłej, nieformalnej atmosferze. Albo na wiosnę – aby odpocząć przed czekającymi wakacjami (oficjalna wersja głosi, że to odpowiedź na wiosenne zmęczenie), choć dla wielu uczniów lepiej by było siąść nad podręcznikami przed końcem roku.