Niekonwencjonalna polityka banków centralnych miała wyrwać gospodarkę ze stagnacji, ale absurdalnie wywindowała ceny papierów dłużnych. Dlaczego inwestorzy pożyczają pieniądze emitentom, choć może się to wiązać z utratą części kapitału?
Zyski w wysokości 7–8 proc. rocznie, wyższe niż na rynku akcji – tak wyglądało kilka ostatnich lat z punktu widzenia inwestora, posiadającego jednostki uczestnictwa dobrego funduszu inwestującego w obligacje państw wysokorozwiniętych. W ostatnich pięciu latach tego typu podmioty działające na polskim rynku zarabiały średnio ok. 5 proc. rocznie. I to mimo że oprocentowanie obligacji najbardziej wiarygodnych emitentów zmierza do zera, a nowe emisje sprzedawane są z ujemną rentownością, co oznacza, że przetrzymując je do dnia wykupu, inwestorzy muszą się liczyć z utratą części kapitału.
Tak było na przykład na aukcji 3-letnich obligacji przeprowadzonej w zeszłym tygodniu przez rząd Hiszpanii – ich posiadacze, którzy w 2019 r. przedstawią je do wykupu, otrzymają 98 euro z każdych 100 zainwestowanych. Zapewne część z nich liczy, że ceny papierów dłużnych w dalszym ciągu będą rosły i będą mieli okazję sprzedać je na rynku wtórnym drożej, niż kupili od hiszpańskiego rządu. To właśnie wzrost kursów papierów już wyemitowanych, a nie coraz skromniejsze odsetki od nich, jest głównym źródłem zysków na rynku obligacji.