Wygląda na to, że światowe rynki finansowe zaczynają się odbudowywać po początkowym szoku wywołanym wynikami brytyjskiego referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Po krótkotrwałym spazmie rynki się ustabilizowały, czego nie można powiedzieć o systemie politycznym Unii Europejskiej, pozostającym w stanie szoku do dziś. Jednak jest jeszcze za wcześnie, by uznać, że to, co najgorsze, już za nami. Zamiast tego możemy się już zaczynać martwić kondycją Włoch.
Włochy w ciągu ostatniej dekady bez najmniejszych wątpliwości były jedną z najgorzej funkcjonujących gospodarek w Europie. Strach o kondycję włoskiego systemu bankowego powrócił, a premier Włoch Matteo Renzi bezpośrednio po decyzji o Brexicie zasugerował, że sformowanie pakietu pomocowego dla miejscowych banków nie jest wykluczone. Jednak tego typu plany muszą wywołać konflikt z Unią Europejską, jeśli weźmiemy pod uwagę, że nowe unijne reguły praktycznie wymuszają, by podobne pakiety były finansowane przede wszystkim przez posiadaczy depozytów i kredytodawców, a nie z pieniędzy podatników. Nie wygląda na to, by Renzi dostał od Brukseli zielone światło.
Nie zmienia to jednak faktu, że włoski sektor bankowy wpadł w poważne tarapaty, a wartość akcji włoskich instytucji finansowych spadła w tym roku o połowę. Włoskie problemy mają niewiele wspólnego z plebiscytem w sprawie Brexitu. Banki znad Tybru znalazły się pod wodą z tego samego powodu, z jakiego stan całych finansów publicznych pozostawia wiele do życzenia. Włochom brakuje wzrostu gospodarczego. Tak naprawdę włoska gospodarka nie odbudowała się po 2008 r. W rzeczywistości realny poziom produktu krajowego brutto jest obecnie o niemal 10 proc. niższy niż na początku 2008 r. Co gorsza, poziom PKB jest obecnie równy poziomowi sprzed 15 lat! Półtorej dekady stagnacji – oto rzeczywistość włoskiej gospodarki.