Eksperci: podwyżka cen za energię nie powinna przekroczyć 50 zł w skali miesiąca.

Paulina Hennig-Kloska, kierująca resortem klimatu i środowiska, zapowiedziała, że po Wielkanocy rząd zajmie się pakietem rozwiązań mających złagodzić skutki wzrostu cen energii. Jej zdaniem isnieje przestrzeń dla obniżki taryf, w życie ma wejść też bon energetyczny, czyli jednorazowe wsparcie na całą drugą połowę roku dla osób najbardziej zagrożonych ubóstwem energetycznym. Ma on być przyznawany na podstawie kryterium dochodowego, przy czym według zapowiedzi szefowej resortu klimatu szczególną ochroną mają zostać objęci seniorzy, którzy mieszkają samotnie.

Nieoficjalnie dowiadujemy się, że kształt zapowiedzianych przez Hennig-Kloskę działań jest uzgadniany między resortami klimatu, finansów i aktywów państwowych. Procedowanie w ich sprawie ma być szybkie. Planuje się, że 11 kwietnia projekty powinny trafić pod obrady Stałego Komitetu Rady Ministrów. Tydzień później mógłby przyjąć je rząd. Przed końcem miesiąca przepisy uchwaliłby Sejm, a na początku maja – Senat.

DGP dowiedział się, że bon energetyczny dla najuboższych ma uwzględniać sześć progów: od gospodarstw jednoosobowych do tych, w których mieszka sześć i więcej osób. Nie znamy jednak konkretnych kwot pomocy ze strony państwa, na jakie takie gospodarstwa mogłyby liczyć.

Osoby zaangażowane w prace nad pakietem zapewniają jednak, że nie ma podstaw do obawy o kilkudziesięcioprocentowe podwyżki kosztów prądu dla gospodarstw nieobjętych planowanym wsparciem. Kluczem do utrzymania rachunków w ryzach mają być przede wszystkim niższe taryfy. Zdaniem naszych rozmówców wzrost cen dla osób, których nie obejmą nowe osłony, nie powinien przekroczyć 30–50 zł miesięcznie.

Obecnie cena prądu jest zamrożona na poziomie 412 zł/MWh, a zatwierdzona przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki taryfa na 2024 r. wynosi 739 zł/MWh. Po odmrożeniu ceny od lipca zobaczylibyśmy więc kilkudziesięcioprocentowe podwyżki na naszych rachunkach. Chyba że rzeczywiście dojdzie do rewizji taryfy, co byłoby dużą zmianą zasad. Spółki dostarczające nam prąd z rocznym wyprzedzeniem kontraktują na rynku hurtowym jego zakup i na podstawie tych cen pod koniec roku kalendarzowego proponują URE taryfy na następny rok. Do tej pory, aby złożyć wniosek taryfowy, spółki musiały mieć zakontraktowany zakup co najmniej 80 proc. prądu, który w następnym roku miałyby sprzedawać gospodarstwom domowym.

Marcowy dołek inflacji

Najniższy od początku 2016 r. wzrost cen żywności w połączeniu ze spadkami cen energii i paliw przełożyły się na obniżkę 12-miesięcznej inflacji w marcu do 1,9 proc. z 2,8 proc. w lutym, podał GUS. Tempo wzrostu cen konsumpcyjnych było najniższe od pięciu lat.

Pierwszy raz od lutego 2021 r. inflacja znalazła się poniżej celu NBP (2,5 proc.). Analitycy zwracali uwagę na utrzymującą się na podwyższonym poziomie (4,6–4,7 proc.) inflację bazową. Ich zdaniem od kwietnia inflacja zacznie rosnąć.

ŁW

Ustawa mrożąca ceny prądu z grudnia 2023 r. mówi, że prezes URE może zmienić stawki w związku ze sprzyjającą sytuacją na rynku. Taka sytuacja miała już miejsce, kiedy pod koniec lutego br. w związku ze spadkiem cen gazu na giełdach regulator obniżył taryfę na sprzedaż gazu z 318 zł/MWh do 290 zł/MWh. Z punktu widzenia gospodarstw domowych nie miało to większego znaczenia, ponieważ cena i tak była zamrożona na poziomie 200 zł/MWh, ale dzięki temu państwo wypłaca sprzedawcom gazu niższe rekompensaty za różnicę między taryfą a zamrożoną ceną. Gdyby podobna sytuacja wystąpiła w przypadku cen prądu, w obliczu wygasającego w połowie roku zamrożenia cen miałoby to istotne znaczenie dla gospodarstw domowych.

URE na razie nie chce komentować nieoficjalnych zapowiedzi. – Ocena, czy istnieje przestrzeń dla obniżek taryf, będzie wymagać podjęcia dialogu ze spółkami energetycznymi – mówi DGP Magdalena Dąbrowska, rzeczniczka prasowa urzędu.

Zdaniem Jakuba Sokołowskiego, ekonomisty z Instytutu Badań Strukturalnych, wprowadzenie celowego dodatku osłonowego, np. w formie bonu energetycznego, to dobry pomysł, który analitycy z jego zespołu postulowali już na początku kryzysu energetycznego, w grudniu 2021 r. Ale żeby przyniósł on pożądane rezultaty, konieczne jest spełnienie kilku warunków, m.in. odpowiednie zdefiniowanie kryteriów uzyskania wsparcia. – Osoby w kryzysie ubóstwa energetycznego często dysponują większymi dochodami niż próg wsparcia z transferów socjalnych. Po uwzględnieniu ich wydatków na energię okazuje się, że mają dochody poniżej granicy ubóstwa – wyjaśnia Sokołowski w rozmowie z DGP. Po drugie, jak przekonuje, świadczenia powinny być na odpowiednim poziomie, który zagwarantuje 3,5 mln gospodarstw domowych w trudnej sytuacji rzeczywistą zdolność opłacenia rachunków.

Kolejnym wyzwaniem, według niego, będzie poprawa efektywności systemu wykorzystywanego do wypłaty świadczeń osłonowych. – Ostatnie dane o uruchomionym w ramach tarczy antyinflacyjnej dodatku osłonowym pokazują, że wypłacono tylko 50 proc. zaplanowanych środków. Czy MKiŚ ma aktualne dane i może pokazać, jak poradziły sobie samorządy? Jeżeli skala wypłat utrzymała się na poziomie 50 proc., to jaki jest plan na poprawę administrowania bonem? – zastanawia się Jakub Sokołowski.

Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, mówi DGP, że państwo, zamiast dopłacać ludziom do rachunków za prąd, powinno więcej inwestować w efektywność zużycia. – Pilnujmy, by cena odzwierciedlała uwarunkowania rynkowe. Zamiast co roku dopłacać przykładowe 500 zł do rachunku, państwo powinno raczej dopłacić jednorazowo 1500 zł do wymiany sprzętu, takiego jak lodówki, żarówki, bojlery elektryczne, na energooszczędny. Zmniejszenie rachunków dla gospodarstw domowych powinno wynikać z oszczędzania prądu, a nie z państwowej dotacji – przekonuje ekspert. ©℗

ROZMOWA

W przyszłym roku energia nie powinna być już tak droga jak w latach 2022 i 2023

Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego / Materiały prasowe
Jakie skutki dla gospodarki miałoby uwolnienie cen prądu?

Nasze rachunki skoczyłyby o ponad 60 proc. Dodałoby to do inflacji 2,5 pkt proc. Wciąż zamrożone są też ceny gazu. Taki skok rachunków za prąd i gaz mógłby sprawić, że gospodarstwa domowe byłyby bardzo ostrożne z innymi wydatkami.

Statystycznie mamy wzrost płac.

Owszem, tempo wzrostu dochodów znacznie się poprawiło, zwykle po dwóch–trzech kwartałach po takiej poprawie ludzie zaczynają więcej wydawać. Dzisiaj wzrost wydatków związany ze wzrostem zarobków nadchodzi rok później, a więc dużo później, niż wskazywałyby na to dane historyczne. Gdybyśmy zafundowali ludziom 60-proc. wzrost rachunków za prąd, a może także skokowe uwolnienie cen gazu, doprowadzilibyśmy do tego, że dalej by nie wydawali, a to miałoby negatywny wpływ na koniunkturę gospodarczą. Dlatego decyzja o całkowitym odmrożeniu byłaby bardzo dezorientująca dla gospodarstw domowych. Uderzyłoby to też w zaufanie do państwa.

Jak ocenia pan pomysł rządu na wprowadzenie bonu energetycznego?

Bon energetyczny mógłby być wsparciem dla ubogich energetycznie, ważne, jak ten pomysł zostanie wykonany. Kluczowe jest, aby uniknąć gwałtownego wzrostu, a potem spadku cen prądu – co byłoby dla gospodarstw domowych sygnałem, że ceny są nieprzewidywalne, więc lepiej wciąż powstrzymywać się z wydatkami – bo to oznacza utrzymanie obecnej słabej koniunktury. Obawiamy się scenariusza, w którym uwolnienie cen prądu spowoduje większy skok na rachunkach, niż zakładamy, zaś bon nie zostanie ujęty przez GUS jako instrument efektywnie zmniejszający cenę. Wówczas indeks inflacji CPI pokazałby duży jej skok.

Na jakiej podstawie możemy zakładać, że w przyszłości taryfy na prąd będą niższe?

W ostatnich latach ceny prądu są tak wahliwe i trudno przewidywalne jak kursy walutowe. Jednak jest parę argumentów, które sugerują, że aż tak wysokich cen prądu, jak w latach 2022–2023, nie będziemy mieć w przyszłym roku. Ceny gazu, które mają większe przełożenie na energię w Europie niż w Polsce, są najniższe od lat, bo w Unii Europejskiej mamy bardzo słabą koniunkturę gospodarczą, za nami druga z rzędu ciepła zima, a magazyny są pełne, powyżej długoletnich średnich. ©℗

Rozmawiał Michał Perzyński