Sztandarowy program PiS – program 500+ – budzi kontrowersje. Także natury moralnej (jest w nas i taka cząstka, której istnienia nie ma się co wstydzić). Bo czy osoba zamożna powinna wyciągać rękę po państwowe pieniądze?
Czy też postąpić zgodnie z radą wicepremiera Morawieckiego, który powiedział, że jak kogoś stać, to nie powinien tych pieniędzy brać. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w grę wchodzą argumenty natury światopoglądowej. Wielu krytyków PiS od początku widziało w programie 500+ przejaw populizmu i kupowania przez partię Kaczyńskiego poparcia „ciemnego ludu”. Pytanie brzmi – czy teraz taki zdeklarowany krytyk (jeśli ma dzieci) powinien złożyć wniosek i inkasować co miesiąc kolejne pięćsetki? Czy pozostać konsekwentnym i się od tego powstrzymać?
W tym miejscu oderwijmy się na chwilę od polskiego kontekstu. Bo akurat w tych dniach trafiłem na ślad podobnego dylematu w amerykańskiej blogosferze ekonomicznej. Problem przywołał ekonomista Brad DeLong z lewicującego Uniwersytetu w Berkeley, zadając pytanie: czy Ayn Rand była zakłamana, korzystając pod koniec swojego życia z dobrodziejstw amerykańskiego państwa opiekuńczego? Tu mniej zorientowanym czytelnikom należy się wyjaśnienie, że zmarła w 1982 r. filozofka i pisarka była jedną z ikon libertarianizmu. A państwa opiekuńczego (w teorii) nienawidziła szczerze. Krytykując przez lata kolejne etapy jego budowy: od Nowego Ładu Franklina Delano Roosevelta po wielkie społeczeństwo Lyndona B. Johnsona. Troszkę odetchnęła dopiero, gdy w jesieni jej pełnego wrażeń życia w Białym Domu pojawił się Ronald Reagan. Który oczywiście tak do końca libertarianinem nie był, ale na Ayn Rand powoływał się często i chętnie. Spragnionych zapoznania się z twórczością tej filozofki odsyłam do wydanych również po polsku ważnych (zwłaszcza dla polskich liberałów) książek. Choćby do „Atlasa zbuntowanego”. Odnajdziemy tam tezę, że państwo dobrobytu jest głęboko niemoralnym mechanizmem, który pozwala nieudacznikom żerować na pracy i talencie innych.