Rządowi trudno będzie pogodzić finansowanie programu dodatków na dzieci z utrzymaniem deficytu finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB
Budżety w ostatnich latach. / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Główny problem z projektem przyszłorocznego budżetu to plan dochodów. Ich wielkość była wyśrubowana już w projekcie PO. Głównie za sprawą optymistycznych założeń makroekonomicznych, zwłaszcza inflacji. Poprzedni rząd założył, że wzrośnie ona do 1,7 proc. Eksperci zaś uważają, że będzie znacząco niższa; np. Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową szacuje ją na 0,9 proc. – Zawyżona prognoza inflacji oznacza możliwość zapisania w budżecie wyższych dochodów – wyjaśnia główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak. W sumie według różnych szacunków już w projekcie rządu PO–PSL wątpliwe dochody mogły wynosić nawet 8 mld zł.

Reklama
Obecny gabinet buduje plan finansów, opierając się na dwóch głównych założeniach, które też są trudne do zweryfikowania. Pierwsze: stosunkowo wysokie wpływy z nowych danin i uszczelnienia systemu podatkowego. Z podatku od banków i supermarketów miałoby trafiać ok. 10 mld zł rocznie. Tyle że nadal nie ma np. rozstrzygnięcia, jak miałby wyglądać podatek bankowy. Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów, opowiada się za opodatkowaniem bankowych aktywów – wtedy dochody z podatku byłyby największe. Podobnie uważa minister finansów Paweł Szałamacha.
Ale wśród członków rządu pojawiają się też opinie, że takie opodatkowanie mogłoby zaszkodzić sektorowi, zwłaszcza mniejszym bankom. I że w związku z tym warto się zastanowić nad wprowadzeniem dodatkowej niższej stawki podatku dla mniejszych podmiotów (w wariancie podstawowym miałaby ona wynosić 0,39 proc. aktywów). W grze jest też pomysł opodatkowania transakcji finansowych – tyle że taki podatek nie przyniósłby aż tak dużych dochodów.
Kolejny punkt zapalny to wpływy z większej ściągalności VAT. Szałamacha szacuje dodatkowe dochody z tego tytułu na 2–3 mld zł i nazywa to bezpiecznym założeniem. Rząd zdaje sobie sprawę, że nawet prawne usankcjonowanie w przyszłym roku takich rozwiązań, jak podzielona płatność podatku (tzw. split payment), nie przyniesie jeszcze efektów, bo do wdrożenia tego rozwiązania potrzeba nowych narzędzi informatycznych. A i podatnicy musieliby dostać więcej czasu na przestawienie się na nowe zasady rozliczeń. Split payment polega na tym, że płatnik faktury przekazuje podatek VAT nie sprzedawcy, jak ma to miejsce obecnie, a na specjalne subkonto w urzędzie skarbowym.
Kwota szacowana przez ministra Szałamachę to skutek uszczelnienia systemu nieco mniej spektakularnymi metodami (np. dzięki nowym zasadom zwrotu VAT) i reorganizacji administracji podatkowej. Nowy wiceminister finansów Konrad Raczkowski w rozmowie z serwisem mPolska24.pl mówił, że rozdzielenie poboru VAT na Służbę Celną (pobiera podatek od importu) i resztę administracji podatkowej jest nieefektywne i sprzyja nadużyciom, bo rozmywa odpowiedzialność za ściąganie danin. Bazy informatyczne używane przez aparat skarbowy są rozproszone, niektóre systemy, które go obsługują, „praktycznie nie działają”, a wprowadzenie GENTAX – głównego systemu informatycznego z bazą podatników – się nie udało.
W skrócie: oprzyrządowanie informatyczne trzeba zreorganizować, co też przyniesie efekty dopiero po pewnym czasie. Oprócz dodatkowych dochodów Szałamacha zakłada też, że dla sfinansowania programu dodatków wychowawczych warto zwiększyć deficyt budżetu o 1–1,5 mld zł. Sama suma nie jest duża. Podobna figurowała w projekcie budżetu przygotowanym przez Mateusza Szczurka, po czym została obniżona o ponad 1 mld zł w trakcie prac w rządzie. Jest więc miejsce na taki ruch, dopuszcza go limit wynikający z reguły wydatkowej.
– Zwiększenie deficytu może i nie jest duże, ale w kontekście wątpliwej prognozy dochodów i dużego wzrostu wydatków prawdopodobieństwo przekroczenia bariery 3 proc. deficytu sektora finansów publicznych, które było realne już przy pierwotnej wersji projektu, teraz znacząco rośnie – ocenia Janusz Jankowiak. Dlatego w ciągu roku rząd będzie musiał pilnować dochodów i jeśli okaże się, że wpływy są sporo niższe, może być konieczna nowelizacja budżetu lub blokowanie wydatków tak, by nie przekroczyć deficytu, co byłoby złamaniem prawa. Z kolei za przekroczenie deficytu 3 proc. mogłaby nas ukarać Bruksela, więc na dłuższą metę rząd musi pilnować, by różnica między wydatkami a dochodami za bardzo nie rosła.
Ale widać także, że w przeciwieństwie do poprzedników, choć politycy PiS mówią o docelowej równowadze w finansach publicznych, to raczej odejdą od ścieżki dalszego zmniejszania deficytu w kolejnych latach. – Ministrowie Szałamacha i Morawiecki deklarowali w ostatnich wypowiedziach, że obniżanie deficytu sektora finansów publicznych do 1 proc. PKB w 2019 r. nie jest priorytetem rządu. Uważam, że schodzenie z deficytem w warunkach tak dobrej koniunktury, jaką mamy i będziemy mieć w najbliższych latach, powinno być wyraźnie szybsze – zauważa Jakub Borowski z Crédit Agricole.