Temat wpływu nierówności społecznych na rozwój gospodarczy budzi emocje wśród polityków, ekonomistów i związków zawodowych. Takie wskaźniki jak średnia płaca, dochód narodowy na mieszkańca czy poziom bezrobocia nie mówią wszystkiego o jakości życia w danym kraju.
Istotnym kryterium jest skala nierówności mierzona różnego rodzaju indeksami (np. Giniego czy Zengi). Najbardziej znany i powszechnie stosowany jest wskaźnik Giniego (w skali od 0 do 1). Kraje o największej nierówności to takie, gdzie niewielka grupa obywateli uzyskuje większą część PKB (wskaźnik rośnie). Jeżeli zarobki przeważającej części obywateli nie odbiegają zasadniczo od średniej pensji, to nierówności są niewielkie (wskaźnik maleje). W epoce socjalizmu realnego rozwarstwienie społeczne było oficjalnie niewielkie. W rzeczywistości było znacznie wyższe, ponieważ ludzie rządzącej nomenklatury, poza pensją, uzyskiwali dodatkowe korzyści (np. domy, działki, wycieczki zagraniczne po niższych cenach).
Reklama
Problem nierówności społecznych w byłych krajach socjalistycznych wyraźnie zaostrzył się w okresie transformacji rynkowej. Rozwarstwienie dochodowe w gospodarce rynkowej wydaje się czymś naturalnym i oczywistym, ale jest ono bardzo zróżnicowane.

Reklama
W ekonomii istnieją dwa pozornie sprzeczne poglądy o wpływie nierówności na wzrost gospodarczy (i w dalszej konsekwencji na jakość rozwoju gospodarczego). Pierwszy mówi o korzystnym wpływie rozwarstwienia dochodów, a drugi, że nierówności dochodowe prowadzą do spowolnienia wzrostu.
Neoliberałowie uważają, że nierówności motywują do indywidualnego rozwoju obywateli. Jednocześnie wszyscy na tym korzystają, ponieważ mechanizm skapywania prowadzi do redystrybucji dochodów z korzyścią dla wszystkich. Bogaty podzieli się swoim dochodem z biedniejszymi (stworzy nowe miejsca pracy, zatrudni służbę, ogrodnika itd.). W rzeczywistości jednak mechanizm ten nie działa tak sprawnie, jak wyobrażali to sobie klasycy ekonomii, a obecnie neoliberałowie.
Badacze nierówności (R.J. Barro, C. Miller, A. Kraay i in.) uważają, że istnieje optymalny poziom zróżnicowania dochodów z punktu widzenia efektywności ekonomicznej i sprawiedliwości społecznej. Część ekonomistów broni poglądu, że zwiększanie rozwarstwienia prowadzi do wzrostu wydajności. Odnosi się to zwłaszcza do krajów wysoko rozwiniętych. Jednakże zdecydowana większość badaczy uważa, że nadmierne nierówności dochodowe mają wyraźnie negatywny wpływ na wzrost i rozwój gospodarczy. Przede wszystkim wysokie nierówności prowadzą do konfliktów społeczno-politycznych i działają demotywująco na zatrudnionych. Przykładowo trudno oczekiwać pozytywnej reakcji pracownika zarabiającego najniższą pensję krajową (lub jeszcze mniej na umowach śmieciowych) na wiadomość, że prezes jego firmy otrzymuje 1–2 tys. (!) razy wyższe wynagrodzenie. Przypadki tego typu szokujących różnic szeroko opisywały polskie media w ostatnim okresie. Nadmierne rozwarstwienie dochodów nie sprzyja tworzeniu kapitału społecznego, ponieważ biedni ludzie mają mniejsze szanse życiowe, nie mogą zrealizować swego potencjału produkcyjnego, mają gorsze wykształcenie itd. W zależności od uwarunkowań społeczno-kulturowych w poszczególnych krajach takie samo zróżnicowanie dochodów może być postrzegane jako niesprawiedliwe, a w innych – nie (inaczej to będzie w USA, Brazylii, Kanadzie czy Irlandii).
Z badań polskich ekonomistów (m.in. prof. J. Sztaudyngera) wynika, że indeks Giniego 0,33 jest optymalnym poziomem rozwarstwienia dochodów w Polsce. Obecnie (2015 r.) taki właśnie poziom nierówności pokazuje wskaźnik obliczony na podstawie danych GUS. Problem jednak w tym, że wielu polskich badaczy uważa te dane za niekompletne i fałszujące obraz rozwarstwienia w Polsce. Nie tak dawno „Gazeta Wyborcza” zamieściła artykuł dr. hab. M. Brzezińskiego, który stwierdza, że poziom wskaźnika Giniego dla Polski oparty na bardziej realnych danych, czyli na PIT-ach, jest o wiele wyższy i wynosi 0,44 (poziom identyczny jak w Rosji). Niestety, do tych ostatnich danych badacze mają utrudniony dostęp.
Tak wysoki poziom rozwarstwienia dochodów przybliża nas bardziej do rzeczywistości latynoamerykańskiej (według ostatnich danych Banku Światowego wskaźnik Giniego wynosi: Brazylia – 0,56, Chile – 0,52, USA – 0,45), a oddala nas od Unii Europejskiej (m.in. Holandia – 0,31, Niemcy – 0,27, Czechy i Słowacja – 0,27, Węgry – 0,25). Nietrudno zauważyć, że nasze rozwarstwienie jest dużo wyższe niż w krajach sąsiedzkich (poza Rosją).
Nie ma wątpliwości co do tego, że poziom nierówności w naszym kraju nie sprzyja dalszemu wzrostowi gospodarczemu, a wręcz przeciwnie – hamuje go i wyzwala rosnące niezadowolenie społeczne.
W czasie kilkuletniej misji dyplomatycznej w Brazylii miałem sposobność obserwować wielorakie niekorzystne zjawiska społeczne w tym kraju wywołane nierównościami społecznymi. Specjalne śluzy wjazdowe (dwie kolejne bramy) do budynków mieszkalnych, napady z bronią w ręku, porwania dla okupu, dramatycznie wysokie wskaźniki zabójstw, kradzieże samochodów itd. są codziennością dla mieszkańców Sao Paulo czy Rio de Janeiro. Bardzo często zamożni żyją w specjalnych gettach bogactwa ogrodzonych drutem kolczastym, do których dociera się helikopterem lub specjalnie wydzieloną autostradą.
W środowisku naukowym panuje przekonanie, że jest jeszcze czas odwrócić niebezpieczną tendencję nadmiernego rozwarstwienia dochodów w naszym kraju. Do tego potrzebne są kompletne i wiarygodne dane o naszych nierównościach dochodowych. Decydujące znaczenie ma jednak dotarcie do polityków z przekazem, że nadmierne rozwarstwienie hamuje wzrost gospodarczy i rodzi ostre konflikty społeczne.