Kampania przygotowana przez resort rolnictwa „Kocham polskie jedzenie” potrwa do końca sierpnia
Plakaty reklamujące produkty spożywcze znad Wisły ozdobiły słowackie i czeskie miasta. Czy to zwyczajna kampania wspierająca i tak silny polski eksport do tych krajów? Raczej dramatyczna próba przezwyciężenia negatywnych stereotypów powiązanych z polskim jedzeniem. Hasło przewodnie brzmi „I love poľské jedlo”. Kampanię przygotowano na zlecenie polskiego Ministerstwa Rolnictwa.
Reklama
O tym, że jest o co walczyć, świadczą statystyki wymiany handlowej. W 2014 r. Czechy były naszym trzecim partnerem eksportowym po Niemczech i Wielkiej Brytanii, a Słowacja – dziewiątym, przy czym znaczny udział w eksporcie tworzyły produkty spożywcze. Do 5,5-mln Słowacji eksportujemy więcej żywności niż do 45-mln Ukrainy. Wbrew powszechnemu przekonaniu, że najważniejsze dla polskiego eksportu są rynki wschodnie.

Reklama
Nasze produkty są przy tym konkurencyjne cenowo, co jest głównym powodem kontrowersji wokół polskiej żywności. – Jesteście Chinami Europy Środkowej. W przekonaniu wielu Słowaków polskie produkty są tanie, bo wielu waszych przedsiębiorców oszczędza na jakości i eksportuje na Słowację najgorsze wyroby, wiedząc, że Słowak to kupi – mówi Juraj Vyhovský, rolnik z okolic Twardoszyna na Orawie, uczestnik niedawnej pikiety domagającej się ostrzejszych kontroli sanitarnych polskich produktów.
Według ubiegłorocznej analizy Poštovej Banki ceny żywności i napojów bezalkoholowych są w Polsce aż o 30 proc. niższe niż na Słowacji. W warunkach wspólnego rynku oznacza to jedno – Słowację dosłownie zalewa tani import z Polski, z którym słowackim rolnikom i producentom coraz trudniej konkurować. A ponieważ stosowanie barier taryfowych nie wchodzi w grę, rząd, przedsiębiorcy i organy kontrolne stosują różne triki, by zniechęcić Słowaków do kupowania polskich produktów.
Schemat jest zawsze podobny: skandale związane z polską żywnością są zawsze rozdmuchiwane, a o analogicznych wpadkach słowackich i czeskich producentów pamięta się rzadziej. Czesi i Słowacy wciąż wypominają nam aferę sprzed trzech lat z używaniem soli drogowej zamiast spożywczej, wątek ten pojawia się w każdej internetowej dyskusji o polskiej żywności. W podsycaniu histerii ma swój udział również rząd Roberta Ficy (poprzedni gabinet nie grał w ten sposób na emocjach).
Apogeum wojny handlowej miało miejsce w 2012 r., kilka miesięcy po aferze solnej. Wówczas Fico i minister rolnictwa Ľubomír Jahnátek otwarcie wypowiadali się w mediach o „polskim badziewiu” i nasilali kontrole polskiej żywności. Interweniowała polska ambasada, sprawę w pewnym stopniu złagodziło wspólne posiedzenie polskiego i słowackiego rządu z marca 2013 r. Ale niesmak pozostał. – Media źle interpretują problem niskiej jakości polskich wyrobów. Nie chodzi o to, że polskie wyroby są złe, ale że na nasz rynek często dostają się podróbki czy wręcz odpady. Dużą winę za to ponoszą słowaccy importerzy, którzy nie przywożą z Polski tego, co jedzą sami Polacy, ale produkty najniższej jakości, często źle przechowywane – tłumaczył Jahnátek w wywiadzie dla dziennika „Sme”.
Mimo złagodzenia tonu przez polityków mit o „polskim badziewiu” („poľské šmejdy”) wciąż jest powielany przez media. „Dobré Noviny” opublikowały niedawno 10 porad, jak odróżnić słowacki drób od polskiego. Podobne teksty nie mówią wprost, że polskie znaczy gorsze, ale podtekst jest jednoznaczny. Przekonanie o złej jakości polskich wyrobów podsycają sami przedsiębiorcy i rolnicy, twierdząc, że Polska stosuje dumping. – Żeby konkurować cenowo z polskim importem, musielibyśmy obniżyć ceny mięsa czy mleka o 30 proc. To po prostu fizycznie niemożliwe bez rażącego obniżenia jakości – twierdzi Juraj Vyhovský.
Wbrew pozorom główną przyczyną różnic w cenach nie jest wprowadzenie euro po drugiej stronie Tatr. Słowacy jeżdżą na zakupy także do Austrii, co podważa, że wszystkiemu winne jest euro. – Ceny są tam porównywalne ze słowackimi, za to jakość jest wyższa. Kupujemy przede wszystkim jedzenie, napoje i kosmetyki – mówi Jana Babušiaková z Instytutu Austriackiego w Bratysławie. Skąd więc te różnice? Rolnicy mają w Polsce wiele przywilejów podatkowych i emerytalnych, których ich słowaccy koledzy mogą tylko pozazdrościć. Ponadto podczas rozmów akcesyjnych Polska wynegocjowała o wiele korzystniejsze warunki dopłat dla rolnictwa niż Słowacja. To wszystko przekłada się na niższe ceny polskiej żywności, co nie oznacza, że jest ona gorszej jakości.
Oligarcha na czele krucjaty
W Czechach kampania przeciwko polskiej żywności nasiliła się po powołaniu na początku 2014 r. centrolewicowego rządu Bohuslava Sobotki z wicepremierem Andrejem Babišem, liderem partii ANO 2011. Babiš jest najbogatszym Słowiakiem i zarazem drugim najbogatszym Czechem (posiada podwójne obywatelstwo). Jego własnością jest m.in. grupa Agrofert, skupiająca około 200 spółek z branży rolno-spożywczej. Oligarcha kontroluje 1/3 czeskiego rynku żywności – i tu właśnie leży klucz do zrozumienia intencji Babiša. Jego wejście do polityki było w dużej mierze powiązane z chęcią lobbowania interesów swoich spółek, rozumianego najczęściej jako rugowanie zagranicznej konkurencji.
W podobnym celu miliarder wszedł na rynek mediów. W czerwcu 2013 r. Agrofert kupił największy czeski holding medialny MAFRA. W ten sposób Babiš stał się właścicielem dwóch opiniotwórczych dzienników oraz powiązanych z nimi popularnych portali. To właśnie w mediach należących do Babiša najczęściej pojawiają się teksty o każdym potknięciu polskich producentów żywności. Babiš jest aktywnym politykiem od 2011 r. ANO 2011 ma program centrowy, zgarnęła domagający się zwalczenia korupcji elektorat protestu i przebojem weszła do parlamentu, zajmując w wyborach 2013 r. drugie miejsce z wynikiem 19 proc. Sam Babiš, który już kilka lat temu wzywał do bojkotu polskiej żywności, został pierwszym wicepremierem i ministrem finansów. Od tego czasu inspekcje polskiej żywności znacznie się nasiliły. Media informowały również o nieformalnej instrukcji, by nasze produkty kontrolować wyjątkowo dokładnie.