Prawnicy koncentrują uwagę na klauzulach rebus sic stantibus, czyli przepisach, które pozwalają skorygować treść kontraktów (np. wysokość świadczeń) lub je rozwiązać w wypadku nadzwyczajnej zmiany okoliczności. Problem w tym, że jedna z tych klauzul w ogóle nie może być brana pod uwagę w odniesieniu do kredytów bankowych, a zastosowanie drugiej – choć teoretycznie możliwe – wydaje się karkołomne.

Mała klauzula, art. 3581 k.c.

Po pierwsze, z regulacji przejściowych towarzyszących wprowadzeniu do kodeksu art. 3581 wynika jasno, że nie ma on zastosowania do kredytów bankowych. To zamyka dyskusję.

Można by do niej wrócić tylko, gdyby ta „przejściowa” regulacja – która liczy sobie już ćwierć wieku i wciąż ma się dobrze – została uchylona lub też, gdyby udało się doprowadzić do jej uchylenia (np. powołując się na to, że ma niekonstytucyjny charakter, ponieważ narusza zasady dobrej legislacji – zastrzeżenie w niej wyrażone powinno być umiejscowione w treści art. 3581 k.c., a nie ukryte w przepisach intertemporalnych).

Po drugie, nawet jeśli udałoby się sprawić, że art. 3581 k.c. miałby zastosowanie do kredytów bankowych, padłoby trudne pytanie, czy jego treść uzasadnia wykorzystanie go w sprawie zobowiązań wyrażonych w obcych walutach, w tym „hipotek”? Przepis mówi o istotnej utracie siły nabywczej pieniądza. Czy siła nabywcza złotego istotnie się w ostatnim czasie zmieniła? Otóż nie, a jeśli już – to wzrosła (z powodu deflacji). Trudno brać pod uwagę siłę nabywczą złotego względem innej waluty w zupełnym oderwaniu od jego siły nabywczej w odniesieniu do pozostałych aktywów.

Za tę samą ilość złotówek kupimy mniej franków, ale nie mniej, a nawet więcej innych dóbr i usług, nie wyłączając niektórych obcych pieniędzy. A czy w ogóle zmiana siły nabywczej względem franka jest istotna? Jej niedawny spadek o ok. 20 proc. robi wrażenie, a w przypadku największych pechowców (tych, którzy zaciągali kredyty, gdy kurs wynosił ok. 2 CHF/PLN ) o 100 proc. w ciągu kilku lat – jeszcze większe. Ale nie są to zmiany na rynku walutowym szokujące.

Podsumowując, zła wiadomość brzmi: siła nabywcza złotego nie spadła. A jeśli nawet przyjmiemy, że liczy się tylko jego osłabienie względem dolara czy franka, to i tak musimy uznać, że nie jest to osłabienie nadzwyczajne jak na wahania typowe dla rynków walutowych. Kiedy sytuacja byłaby nadzwyczajna? Pewnie poniżej 10 zł za franka nie ma nawet co o tym mówić... Na dodatek – co ważne – zmiana musiałaby być trwała (jak trwała?), aby można ją było brać pod uwagę.

Duża klauzula, art. 3571 k.c.

Przyjęto dość powszechnie, że art. 3571 k.c. nie może mieć zastosowania do rozliczeń walutowych, w tym kredytów frankowych. Nie dlatego, że tak stanowi ten przepis lub jakaś regulacja przejściowa, ale dlatego, że nie sprzyja temu orzecznictwo sądów. SN rozprawił się z próbami wykorzystania tzw. dużej klauzuli rebus sic stantibus na użytek rozrachunków walutowych, gdy badał sprawy słynnych umów opcyjnych. Uznał, że zmiany kursów walut nie spełniają przesłanki nadzwyczajnej zmiany stosunków, której nie można było przewidzieć.

Warto jednak zwrócić uwagę, że opcje walutowe były (i są) przedmiotem transakcji zawieranych przez profesjonalnych – przynajmniej w teorii – uczestników obrotu: banki i przedsiębiorców. Tacy uczestnicy powinni zdawać sobie sprawę zarówno z natury opcji (zwłaszcza asymetrycznych), jak i ryzyka kursowego. Mówiąc prosto: dyrektor finansowy firmy powinien wiedzieć, w co się pakuje, a jeśli ryzykuje lub spekuluje na walucie, to nie może twierdzić, że zmiana jej kursu, np. euro z 3,3 zł do 4,5 zł, jest dla niego niespodziewana, szokująca i nadzwyczajna.

Co innego jednak umowy banku z klientami indywidualnymi (o tym, że firmy traktowane są inaczej, świadczy m.in. to, że w przypadku małej klauzuli wprost jest powiedziane, że nie dotyczy ona stosunków między przedsiębiorcami). Orzecznictwo w ich wypadku nie musi pójść tym samym torem, co w odniesieniu do opcji. Zupełnie nie na miejscu jest jednak argument, że w tych relacjach nastąpiła nadzwyczajna zmiana stosunków, ponieważ szwajcarski bank centralny (SNB) przestał bronić kursu franka na poziomie 1,2 EUR/CHF. Takie podejście to kolosalne nieporozumienie lub błąd logiczny, ponieważ w latach, kiedy zaciągnięto u nas większość kredytów frankowych, SNB w ogóle nie składał deklaracji w tej sprawie i bronił się przed nadmiernym umocnieniem swojej waluty, obniżając stopy procentowe (a więc działał na korzyść naszych kredytobiorców). Parytet 1,2 CHF za euro bank centralny określił pod koniec 2011 r. (co można nazwać nadzwyczajną zmianą stosunków, tyle że pozytywną dla zadłużonych we frankach), a i wtedy było przecież jasne, że jest to rozwiązanie tymczasowe. Co więc dziwnego (nieprzewidywalnego) w tym, że w końcu się z niego wycofano? Czy podwyżki stóp procentowych (kiedyś w przyszłości nadejdą) też zostaną uznane za nadzwyczajną zmianę okoliczności? Wolne żarty...

Bez względu na to można jednak powiedzieć, że duża klauzula może być brana pod uwagę w przypadku rozliczeń walutowych, w tym kredytów hipotecznych. Można sobie nawet wyobrazić sytuacje, w których sąd ją zastosuje. Nadzwyczajna – i trwała – zmiana stosunków wynikająca np. z gigantycznego załamania gospodarczego, wielkich niepokojów społecznych itp., mogłaby uzasadnić jej użycie. Czy już teraz klauzula może być skuteczna – tylko dlatego, że frank najpierw potaniał do 2 zł, a potem zdrożał do 4 zł? Wątpliwe. Można próbować, ale nadzieje na sukces nie powinny być przesadnie duże.

Zostaje jeszcze wykorzystywany wyjątkowo przepis wytrych, czyli art. 5 k.c. Jeśli jakiś sąd dojdzie do wniosku, że wierzyciel, np. bank, potraktował lub traktuje klienta niezgodnie z zasadami współżycia społecznego, może bez względu na wszystko skutecznie wziąć go w obronę. Ale przy analizie kodeksowych rozwiązań lepiej nie mydlić kredytobiorcom oczu, że sukces jest na wyciągnięcie ręki.