Rozpoczynając dyskusję Jan Krzysztof Bielecki porównał kryzysową sytuację z 2009 r. z obecną. – Wtedy było łatwiej – stwierdził i szczegółowo omówił różnice. – Wtedy to był czas, kiedy konkurencyjny, rosnący rynek pracy dostarczał siły roboczej. Chiny dołożyły 240 mln, wschodnia Europa może nawet 200 mln, a Stany i stara Europa tylko 60 mln. A równocześnie wiele krajów jak Bangladesz zaczęło się rozwijać, być miejscem outsourcingu – opowiadał. Podkreślał, że Polska na początku transformacji była krajem najmłodszym w Europie.
– Średni wiek pracownika wynosił 35–36 lat. Teraz dochodzimy do 47. Proporcje ludzi pracujących do niepracujących były bardzo korzystne – 3 do 1. Od 2012 r. Chiny przestały dostarczać ludzi na międzynarodowy rynek pracy. Kapitał – przynajmniej do 2012 r. – był za darmo, bo reakcją na kryzys finansowy było 35-procentowe zwiększenie kredytowania na świecie. Chiny i Europa Wschodnia były siłą napędową walki z kryzysem. I surowce były wtedy niezwykle tanie, a w łańcuchach dostaw najważniejsze było cięcie kosztów. To był też początek walki ze zmianami klimatu i koszty ETS nie przekładały się aż tak na skutki budżetowe.
Według Jana Krzysztofa Bieleckiego pandemia zmieniła sposób myślenia, a wojna wstrząsnęła cenami surowców. – Pojawiła się inflacja i nikt nie chce z nią walczyć, bo trzeba by sięgnąć po niepopularne rozwiązania, jak podwyższanie podatków i spowolnienie rozwoju.
Reklama
W latach 2009–2012 eksport netto był najważniejszym czynnikiem polskiego wzrostu, a wartość dodana tworzyła się w dwóch trzecich w firmach z udziałem kapitału zagranicznego. Następowała substytucja towarów droższych przez tańsze i nasze produkty zalały inne rynki. Teraz nic takiego się nie dzieje. Inwestycje mamy najgorsze od lat, popyt zewnętrzny nie ciągnie. Wśród Ukraińców 700 tys. to dzieci, które są kosztem, a wpływ pracujących jest marginalny. Za chwilę upadnie wiele firm, bo nie udźwigną kosztów. Kredyty mieszkaniowe spadły o 70 proc., co przyniesie spadek zarobków banków – tłumaczył były premier.

Drożej, ale bezpieczniej

Reklama
– Warto nie tracić z oczu szerszej perspektywy: trendy demograficzne, regionalizacja, powrót produkcji do Europy, co spowoduje, że będzie drożej, ale bezpieczniej – przekonywał Paweł Borys, prezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju. To jego zdaniem bardzo poważne zmiany, zapewne długoterminowe.
– Wierzę, że Polska przejdzie przez wstrząsy ostatnich dwóch lat możliwie bezpiecznie i – tak jak to było podczas poprzednich kryzysów – będzie nadrabiała dystans do krajów bogatszych. Mamy gospodarkę zdywersyfikowaną branżowo, mamy eksport, ale i duży rynek wewnętrzny, mamy napływ ok. 2 mln obywateli Ukrainy, którzy stabilizują konsumpcję, mamy elastyczny rynek pracy, co pokazała pandemia. Około 260 tys. ludzi straciło pracę w branżach dotkniętych COVID-19, ale oni znaleźli zatrudnienie w innych sektorach. Pakiety osłonowe najpierw dla firm, które stworzyły bufor w sektorze przedsiębiorstw, teraz dla gospodarstw domowych, pozwalają łagodzić skutki inflacji. Dlatego poradzimy sobie z kryzysem – argumentował szef Funduszu.
– Przed nami spowolnienie gospodarcze – zakładam cztery kwartały osłabienia aktywności i spadek popytu – które jednak przy niedoborze na rynku pracy nie spowoduje bezrobocia – prognozował prezes. Wierzy on, że inflacja od drugiego kwartału 2023 r. zacznie gwałtownie hamować, a Rosja nie będzie już w stanie tak destabilizować europejskiego rynku energii. – Wierzę, że w 2024 r. wrócimy do stabilizacji – stwierdził Paweł Borys.
Jego zdaniem podniesienie stóp procentowych było konieczne, bo trzeba było zapobiec odpływowi kapitału. Z drugiej strony część inwestorów wstrzymuje decyzje inwestycyjne.
– Zakładając jednak, że Putin nie pójdzie dalej, a Ukraina zachowa niepodległość, to mamy pewne korzyści z tego kryzysu. Postawimy jeszcze dwa terminale gazowe i być może z importera staniemy się eksporterem gazu do Czech czy Słowacji. Wzmocnienie infrastruktury drogowej, kolejowej, energetycznej nie tylko Wschód–Zachód, lecz także Północ–Południe czyni nas ośrodkiem regionu. Gdyby Ukraina się odbudowała, to południe Polski stanie się naturalnym zapleczem tej odbudowy – tłumaczył Paweł Borys.

Polska jest docenianym liderem

– Nikt nie przewidywał, że 2020 r. będzie najlepszym dla PGNiG, a kolejne okażą się jeszcze lepsze. To pokazuje, że w trudnych czasach też można sobie radzić – mówił Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu banku Pekao.
– Wydaje się jednak, że najbliższa dekada będzie upływać pod znakiem turbulencji. W 2020 r. mierzyliśmy się z pandemią, w zeszłym z inflacją, w tym roku jest to wojna w Ukrainie. Kryzys w 2009 r. był specyficznym okresem. Mieliśmy nadal pozytywny wzrost, a to dlatego, że zaczęliśmy wdrażać nową perspektywę finansową Unii Europejskiej – stwierdził. Wiceprezes Pekao wyjaśniał, że fundusze europejskie dodają rocznie do wzrostu gospodarczego w Polsce 1–1,5 pkt. proc.
– I teraz też mamy na to szansę. Podczas transformacji polskiej gospodarki od początku, od 1989 r., a potem od wejścia do UE w 2004 r., przez cały czas byliśmy liderem. I ten nasz wysiłek jest bardzo mocno doceniany. A teraz dbałość o rynek pracy, utrzymanie niskiego bezrobocia jest dla nas sprawą kluczową. Do Polski z Ukrainy przyjechało dużo kobiet z dziećmi. I te kobiety będą wchodziły na nasz rynek pracy, a część z nich zostanie. Ich dzieci będą kończyły szkoły i też zasilą nasz rynek pracy. To bardzo dobry czynnik dla naszej demografii. Wciąż utrzymujemy wzrost gospodarczy, a inflacja sięga już szczytu – może jeszcze na początku roku trochę się podnieść, ale potem będziemy mieli spadek szybszy, niż przewidujemy. Ważne, by stopy procentowe poszły w dół a gospodarka rosła – powiedział Jerzy Kwieciński.
– Jeśli uda nam się uzyskać 3–4 procentowy wzrost gospodarczy, to będzie bardzo dobrze przy spadającej inflacji i rosnących inwestycjach – prognozował. – Podobnie jak w 2015 r., kiedy ustabilizował się on na poziomie 3 proc. Od tego czasu mieliśmy corocznie wzrosty na poziomie 5 proc. I to jest bardzo ważne, by w Polsce były one wyższe niż u naszych sąsiadów. Fundusze unijne powinny wesprzeć ten trend – ocenił przedstawiciel Pekao.

Rynek pracy to nasz atut

– Jeśli spowolnienie gospodarcze przełoży się na redukcję etatów w branżach, które zostaną zmuszone do ograniczenia bądź wstrzymania produkcji – to przez kilkanaście miesięcy będzie wyzwaniem dla elastyczności rynku pracy – przekonywał Dawid Solak, zastępca dyrektora generalnego Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji.
– W czasie pandemii wiele osób straciło pracę, ale były w stanie odnaleźć się w innych branżach. I kolejne kryzysy sprawiają, że nasza gospodarka staje się coraz silniejsza. Gdybyśmy z jakichś kolejnych przyczyn stanęli przed koniecznością ograniczeń, to już nie byłoby takie straszne. I to, z czym mamy do czynienia, wywrze pozytywny wpływ z jednej strony na regulatorów, instytucje państwowe, a z drugiej strony przedsiębiorcy będą szukali nowej współpracy z instytucjami państwowymi w kwestii kształcenia kadr czy pozyskiwania pracowników – tłumaczył przedstawiciel FRSE.
Zwrócił uwagę, że pracownicy z Ukrainy asymilują się szybko i bardzo dobrze u nas odnajdują i to jest okazja, by pozyskać nowych, kompetentnych pracowników, którzy wnoszą do naszej gospodarki wiele pozytywnych elementów i dobrych praktyk.
– Wydaje się, że liczba osób szukających zatrudnienia wzrośnie w kolejnych latach. Fundusze unijne, także z Krajowego Planu Odbudowy, mogą wesprzeć powstawanie 120 centrów branżowych, których działanie obejmie cały kraj. Ich zadaniem będzie przeszkolenie pracowników w ramach potrzeb konkretnych branż. Pierwsze projekty będą realizowane już w marcu. Rynek pracy jest przez cały czas jednym z naszych największych atutów i przez cały czas powinniśmy go wzmacniać, by był jak najbardziej elastyczny, przy współpracy przedsiębiorców i instytucji edukacyjnych – stwierdził Dawid Solak.

Cztery amortyzatory

Zdaniem Jakuba Sawulskiego, zastępcy dyrektora departamentu polityki makroekonomincznej Ministerstwa Finansów, podstawowym scenariuszem na następne miesiące jest zmniejszanie inflacji. Przełamanie przyjdzie w najbliższych miesiącach, a świadczy o tym to, co dzieje się na rynkach surowców energetycznych i ropy.
– Bo to od cen surowców i żywności wyszedł podstawowy impuls inflacyjny w tym roku. Ale kontrakty terminowe wskazują, że w przyszłym roku te ceny będą niższe. Konsekwencją tego scenariusza będzie spowolnienie dynamiki wzrostu w najbliższych dwóch kwartałach w ujęciu rok do roku, a później nastąpi odbicie gospodarcze – ocenił przedstawiciel MF.
Jego zdaniem amortyzatorem tego procesu będzie rynek pracy, który oprócz przebranżowienia pracowników wchłonął 400 tys. Ukraińców, a spowolnienie nie powinno spowodować znaczącego wzrostu bezrobocia.
– Co prawda mamy w społeczeństwie przeświadczenie, że inflacja pozostanie z nami na dłużej, ale spadające ceny surowców powinny to amortyzować – stwierdził dyrektor. W jego ocenie ważna jest też umiarkowana ciągle dynamika wzrostu płac. Siła przetargowa pracowników jest raczej słaba, czemu sprzyja zapewne podwyżka płac netto wynikająca ze zmian podatkowych.
– Ja widzę cztery amortyzatory, które mogą pomóc nam zrealizować scenariusz miękkiego lądowania w gospodarce. Po pierwsze – nasz przemysł doskonale poradził sobie ze zmianą łańcuchów dostaw. Drugi czynnik to środki unijne z KPO. Trzeci amortyzator to polityka makroekonomiczna. A ostatni to podatki. W przyszłym roku obniżka podatków bezpośrednich sięgnie 1 proc. PKB. Wzrośnie dochód rozporządzalny gospodarstw domowych i stanie się to w najlepszym momencie – powiedział Jakub Sawulski. Wskazał tylko jedno zagrożenie: optymistyczne scenariusze może zakłócić dalszy wzrost cen surowców energetycznych.
ANO
Partnerem debaty był Bank Pekao S.A.
Fot. materiały prasowe